Łups! (ebook) –	Terry Pratchett, Piotr W. Cholewa

Łups!

Ocena czytelników:

7,7 (2391 ocen) zawiera oceny z Lubimy Czytać

Pobierz bezpłatny fragment:

EPUBMOBI

Opis publikacji

Dolina Koom – to właśnie tam trolle złapały w zasadzkę krasnoludów, a krasnoludy złapały w zasadzkę trolle. To było daleko stąd. To było dawno temu. 

Sam Vimes ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork znowu zobaczy wojnę, tym razem przed własnym biurem, jeśli nie rozwiąże zagadki morderstwa przynajmniej jednego krasnoluda. Kiedy jego ukochana Straż się rozsypuje, kiedy grzmią werble bojowe, musi odsłonić każdy ślad, przechytrzyć każdego skrytobójcę, pokonać każdą ciemność, by znaleźć rozwiązanie. 

Aha – codziennie o szóstej, niezawodnie, bez żadnych wykrętów, musi wrócić do domu i poczytać synkowi "Gdzie jest moja krówka" ze wszystkimi odpowiednimi odgłosami podwórka. Są pewne rzeczy, które zwyczajnie trzeba załatwić.

Pomysłowe, dowcipne, logiczne... Wszystko, czym powinna być kolejna powieść w cyklu fantasy, a nawet więcej. „SFX Magazine”

Może pisać łagodne komedie, ale wie, jak przerażająco skomplikowany i ekscytujący jest wszechświat.  „The Times”

To seria, która wydaje się za każdym razem wymyślać od nowa poprzez naturalną ewolucję. „Starburst”

Informacje szczegółowe

Język publikacji

polski

Typ produktu

E-book w formatach: EPUB, MOBI

Rozmiary plików

1.76 MB (MOBI), 1.29 MB (EPUB)

Typ zabezpieczenia

znak wodny

Warunki dostępu

nielimitowany użytek własny, kopiowanie i udostępnianie zabronione

Wymagania sprzętowe

aby otworzyć plik, należy posiadać urządzenie (czytnik e-ink, smartfon, tablet) obsługujące któryś z wymienionych formatów: EPUB, MOBI

Opinie czytelników:

Dodaj komentarz

Beata Kajtanowska

23.04.2014, 14:33

„O szóstej po południu Świat Dysku ma przerwę”

Sam Vimes, komendant Straży Miejskiej w Ankh-Morpork, nie ma łatwego życia i chyba wolałby cofnąć się do czasów, gdy wraz z Fredem Colonem, Nobbym Nobbsem i rekrutem Marchewą patrolowali ulice, do czasów, gdy przestrzeganie Prawa i Porządku w mieście mógł egzekwować osobiście. A teraz Vimes już tylko zarządza… zarządza i musi sobie radzić z rosnącymi w astronomicznym tempie stosami papierów, z napadami poprawnej politycznie multikulturowości lorda Vetinariego, z kontrolerem finansowym i jego pytaniami uszczegóławiającymi… a jakby tego było mało, wszyscy uparli się go tytułować „Jego Łaskawością”. Tymczasem zbliża się rocznica bitwy w dolinie Koom, starcia między krasnoludami i trollami stoczonego tak daleko od Ankh-Morpork i tak dawno temu, że nikt nie pamięta rzeczywistego przebiegu wypadków. Jednak bitwa w dolinie Koom jest stale obecna w pamięci potomków uczestników, a tegoroczne obchody rocznicy zapowiadają się szczególnie spektakularnie – trolle i krasnoludy zamierzają rozstrzygnąć wieloletnie animozje poprzez… kryterium uliczne.
Ale jest jedno zobowiązanie, które Sam Vimes podjął i które jest dla niego bardziej wiążące niż czyjekolwiek nakazy: codziennie o szóstej po południu, nie – pięć po szóstej, nie o szóstej dziesięć, zatem codziennie dokładnie o szóstej Sam czyta swojemu synkowi książeczkę. Codziennie o szóstej po południu z pokoju dziecinnego dobiega głos Vimesa, który kolejny raz odgrywa przed synem historię poszukiwań zaginionej krówki, uporczywie mylonej przez autora opowieści a to z owieczką, a to z konikiem, a to z hipopotamem… Determinacja Vimesa jest tak silna, że zdaje się zdolna unieruchomić cały Świat Dysku w oczekiwaniu na dopełnienie codziennego rytuału.
Cykl dyskowych opowieści Terry’ego Pratchetta ewoluuje – pierwsze proste prześmiewcze historyjki, będące w zasadzie tylko zbiorem dowcipów połączonych nieskomplikowaną fabułą, przekształciły się w pełne, rozbudowane historie, ukazujące – czasami jedynie lekko zniekształcone – odbicie znanej nam rzeczywistości. Powieściowe postaci również nie są wykreowane raz na zawsze – autor nie zaniedbuje pogłębiania ich portretów psychologicznych. Najbardziej jest to widoczne na przykładzie Vimesa – z przegranego i nadużywającego alkoholu gliny, jakby żywcem skopiowanego z chandlerowskiego Philipa Marlowe’a, komendant Straży Miejskiej przeistacza się w odpowiedzialnego ojca i świadomego istnienia niuansów gracza politycznego. Jedynie Nobby Nobbs pozostaje niezmiennie sobą – osobnikiem, który nie jest w stanie opanować chęci zaopiekowania się każdym przedmiotem, który nie jest solidnie przytwierdzony do podłoża.
I ta stałość charakterologiczna Nobby’ego zostaje bardzo zręcznie wykorzystana fabularnie przez autora, podobnie jak codzienny rytuał Vimesa. Wszystkie rekwizyty wprowadzone do utworu są niezbędne (jak choćby wielofunkcyjny De-Terminarz Mark Pięć, GooseberryTM) – nic się nie marnuje, bohaterowie w pełni wykorzystują atrybuty, którymi zostali obdarzeni. Przy tym akcja powieści ani na moment nie zwalnia, a poszczególne sceny skrzą się charakterystycznym dla Pratchetta ironicznym humorem, o gorzkiej niekiedy wymowie. Mimo, że tym razem autor porusza poważniejszą tematykę, okazji do śmiechu nie brakuje. Ale i do refleksji. Tym bardziej, że nie sposób doszukać się w książce nadętego moralizowania – jak zwykle autor z wprawą posługuje się alegorią.
Tak naprawdę "Łups!" to książka o manipulowaniu faktami i o tolerancji. I o tym, jak łatwo pomylić poszanowanie tradycji z zacofaniem, fanatyzmem i ksenofobią. I o znaczeniu słów: odpowiedzialność, poczucie obowiązku, lojalność. I o więziach, jakie wykształcają się pomiędzy towarzyszami broni… Ale zamiast podtykać czytelnikowi transparenty z szumnie brzmiącymi hasłami: „Szowinizm to Zło!” czy „Rodzina – Naszą Opoką!”, Terry Pratchett przemawia nie wprost – ironią, absurdem i satyrą maskuje poważne sedno, przemyca edukacyjne treści. Taka konwencja czyni lekturę opowieści strawnym daniem, ba – co tam daniem – smakowitą ucztą. A na deser autor serwuje aluzje i przeróżne „smaczki” kulturowe. Scena rozmowy Sama Vimesa z trollem Chryzoprazem jest tak napisana, że skojarzenie może być tylko jedno: Chryzopraz to don Vito Corleone Ankh-Morpork. Podczas lektury prawie słyszałam charakterystyczny, zachrypnięty głos Marlona Brando, narzekającego na dzisiejszą młodzież.
Zupełnie lokalnym smaczkiem, którym się wręcz rozkoszowałam, są kurczaki w roli prześladowców malarza Rascala. Nie jestem w stanie nic poradzić na to, że nieszczęsny twórca – mimo, że jego aparycja nie jest opisana w książce – dla mnie już zawsze będzie wyglądał jak lustrzane odbicie Grzegorza Halamy, przedstawiającego drobiowe perypetie pana Józka z Chociul. Nie umiem przeciwstawić się sile tego skojarzenia, choć w pełni zdaję sobie sprawę, że akurat w tym punkcie dokonuję nieuprawnionej nadinterpretacji – wszak nie sposób poważnie traktować twierdzenia, że Terry Pratchett zna i twórczo wykorzystuje repertuar polskich kabaretów. Ale czyż dobra opowieść nie rezonuje w umyśle czytelnika indywidualnymi skojarzeniami, nawet jeśli są one niezamierzone przez autora?

Recenzja ukazała się 2009-07-05 na portalu katedra.nast.pl

Dodaj recenzję