Woblink

Recenzja e-książki: Dziecko gwiazd. Atlantyda

Dziecko gwiazd. Atlantyda

2012-02-10 21:02


Na pewno każdy z was słyszał o Atlantydzie – mitycznej krainie, która była miejscem istnienia niesamowicie rozwiniętej cywilizacji. Niestety, została ona (podobno) zniszczona przez trzęsienia ziemi i pochłonięta przez Atlantyk. Przez wieki najróżniejsi naukowcy przeprowadzali badania, analizy tekstu Platona (bo tylko on ze starożytnych pisał o Atlantydzie) i szukali zatopionego lądu. Jednak na nic się to zdało. Do tej pory nikt nie natrafił choćby na najmniejszy ślad owej krainy. Poszukiwania trwają. Jednak historia Atlantydy posłużyła wielu ludziom za inspirację i powstało wiele tekstów na jej temat, chociażby „Atlantyda” Davida Gibbinsa, czy „Kod Atlantydy” Charlesa Brakowa. Wytwórnia Walt Disney Feature Animation w 2001 roku wyprodukowała film animowany pod tytułem „Atlantyda: zaginiony ląd” („Atlantis: The Lost Empire). Oglądaliście? Ja tak i szczerze? Zachwycił mnie.

Ale to nie o Atlantydzie miałam pisać, a o powieści młodziutkiej pisarki, panny Olszańskiej.
Na książkę miałam ochotę od dawna, ale jakoś się nie składało. Niestety. W końcu, po trzech latach od daty premiery dostałam książkę w wersji elektronicznej od księgarni internetowej Woblink. Ucieszyłam się jak małe dziecko, naprawdę. Jednak moja radość szybko zgasła. Zbyt szybko.

„Dziecko gwiazd: Atlantyda” to opowieść o prześlicznej, szesnastoletniej księżniczce mitycznej krainy – rozpieszczonej, kłamliwej Meihnie, która żyje sobie beztrosko w otoczeniu wiernej służby, kochających rodziców i dwójki braci. Niestety, bycie księżniczką to nie tylko bieganie po plaży z ukochanym jednorożcem (nie, nie jest to jednorożec, którego właśnie sobie wyobraziliście, a kozłopodobne coś z rogiem na czole i ten róg to jedyne, co łączy go z jednorożcem znanym z tradycji europejskiej), kłócenie się ze strachliwą służącą i pałętanie się po wiosce w okolicy ciemnego lasu zamieszkanego przez niewiadomo, jakie stwory. Bycie księżniczką to także obowiązki. Jakie? Choćby wyjście za mąż. Narzeczonym Meihny jest złotowłosy książę Aten – Helistoles, naburmuszony i wiecznie zagniewany nastolatek, który wcale nie jest zainteresowany swoją płaczliwą i zbuntowaną narzeczoną. Dziewczyna postanawia uciec w knieje i schować się przed całym dworem. Nie ma najmniejszego zamiaru opuszczać swojej ukochanej Atlantydy. Sprawy jednak się komplikują. Otóż, następnego dnia po przyjeździe księcia do ojczyzny króla Menrosa Helistoles, Tyncjon (brat Meihny) oraz król wraz ze świtą wyruszają na polowanie, które kończy się tragicznie. Ojciec księżniczki, jej brat oraz narzeczony zostają rozszarpani przez dzika – zwierza Zenory (wiedźmy wypędzonej z Atlantydy). Nowym królem zostaje Mojnes – trzynastoletni rozpieszczony dzieciak, który roztrwania majątek ojca na dobre wino i hulanki. W dodatku otacza się ludźmi chcącymi za wszelką cenę zniszczyć Atlantydę. Meihna nie może na to pozwolić. Spotyka się potajemnie z Nitrusem – magiem, który przepowiedział księżniczce śmierć jej najbliższym. Starzec daje nastolatce zadanie. Dziewczyna musi znaleźć maga-wybawiciela, a co za tym idzie musi wyruszyć w długą, mozolną podróż.

Spodziewałam się po tej książce naprawdę czegoś niesamowitego. Marzyłam o pięknej baśni z motywami legendy o Atlantydzie i kilkoma mitami (tak, to przez „Złodzieja pioruna”), a zamiast tego dostałam nudny, niedopracowany ze strony językowej gniot, który doprowadzał mnie do szału.
Rozumiem, piętnastoletnie dziewczątka mają ciągoty do pisania (sama w tym wieku zapisywałam bez opamiętania kolejne zeszyty i wypisywałam miliony długopisów) i chcą zasłynąć w świecie literatury (też chciałam), ale, na litość boską! Niech to najpierw ktoś sprawdzi i poprawi, co? Niedopracowany styl autorki mnie ranił i to bardzo dotkliwie. Brak stylistycznej i składniowej poprawności raził niesamowicie, a sama powieść składała się prawie tylko i wyłącznie z zapisów bezsensownych, nudnych rozmów płaczliwej, zakłamanej, ale idealnie pięknej księżniczki z każdym, kto tylko się nawinął pod rękę. Opisy miejsc i zdarzeń? Brak. Bohaterowie? Płytcy, nudni, banalni – jeśli chodzi o charaktery, wygląd autorka opisała bardzo, bardzo pieczołowicie. Ciekawe, dlaczego.
Główna bohaterka mnie zmęczyła i znienawidziłam ją do tego stopnia, że gdyby była to książka papierowa to kilkanaście razy wylądowałaby z plaskiem na podłodze. Napuszona, idealnie piękna panienka, która nie widzi niczego poza czubkiem swojego zgrabnego noska. Czasami przypominała mi liść porwany przez rzekę. Dlaczego? Bo liść tak jak Meihna nie myśli i nie zastanawia się, co robi tylko bezwiednie poddaje się losowi.

Nie rozumiem jak ktoś mógł napisać, że tę młodą, wszech uzdolnioną autorkę czeka kariera na miarę Christophera Paoliniego. Przecież książki tego młodego Amerykanina są… O dwa nieba lepsze od „Dziecka gwiazd…”! W „Eragonie” jest akcja, świetna fabuła oraz cudowni bohaterowie, z którymi czytelnik może się zżyć i przeżywać razem z nimi niezwykłe kipiące magią przygody. Co natomiast może przeżyć czytelnik powieści panny Olszańskiej? Wielką nudę, irytację oraz zetrzeć sobie ząbki od zgrzytania czytając kolejne bezsensowne dłużyzny, których jest na pęczki w książce Olszańskiej.
Dobrze, autorka była młodziutka, kiedy pisała swoją powieść, ale Christopher nie był od niej starszy, gdy tworzył swojego „Eragona” i właśnie powieść Paoliniego czytałam już pięć razy i jeszcze mi się nie znudziła, za to książkę Olszańskiej męczyłam tak długo, że kiedy ją skończyłam to pierwsze co poczułam niesamowitą ulgę.

Podsumowując, jeśli liczyliście na:
- mity;
- baśnie;
- cudowną historię;
- intrygującą fabułę;
- świetnych bohaterów;
- sceny walk i pościgi
to „Dziecko gwiazd…” sobie odpuście, jeśli jednak chcecie zobaczyć co, wymyśliła młodziutka skrzypaczka to śmiało, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam.