Alicja

Rozwiodłam się trzy lata temu, po dwudziestu dwóch latach małżeństwa.

Pewnego dnia wróciłam do naszego, teraz już tylko mojego, domu, po ciężkiej harówce w pracy. Mój mąż jak zwykle był tam przede mną, bo wychodził z biura, gdy tylko załatwił najważniejszych klientów, a że resztę dnia w pracy głównie delegował, więc mógł to robić równie skutecznie, siedząc w domu z telefonem przy uchu. Ucieszyłam się jak zawsze, że był. Przeprosiłam, że musiał czekać na obiad i próbowałam się usprawiedliwiać, że w pracy urwanie głowy... On powiedział, że rozumie, że nic nie szkodzi, żebym się nie czuła winna. Zabrzmiało to dziwnie w jego ustach, bo zwykle, gdy przychodziłam, czekał już w kuchni z przygotowanym nożem i widelcem i domagał się, żeby mu podać coś do jedzenia, a od czternastej do mnie dzwonił i pytał, co będzie na obiad. Kiedyś nawet przyłożył słuchawkę do brzucha i spytał, czy słyszę, jak mu burczy. Śmiałam się wtedy.

Rzuciłam płaszcz na wieszak, zdjęłam niewygodne, bo nowe i jeszcze nie dość rozchodzone buty i zaczęłam się żalić, że będę musiała zatrudnić jeszcze jedną dziewczynę do pomocy, bo już we trójkę nie wyrabiamy, a fotel stoi wolny.

Fotel w salonie fryzjerskim, który istnieje, odkąd pamiętam. Najpierw to miejsce należało do mojego ojca i matki, którzy prowadzili razem mały salonik w centrum miasta. Robili głównie trwałą ondulację i tlenili, bo taka była moda. Przejęłam go po nich razem z fachem i staroświeckim wnętrzem, które od razu poszło do wymiany. Wystrój tego salonu się zmieniał, ale dusza pozostała. Dumnie wieszałam przed wejściem tabliczkę z 1960 roku i mogłam jako jedyna w mieście pochwalić się fryzjerstwem od pokoleń, zupełnie jak lodziarnia Grycan. Nawet nazwy nie zmieniłam, choć była taka niewyszukana: Alicja – od imienia mojego i mojej matki. Dokupiłam lokal obok i wyburzyłam ściankę. Dostawiłam dwa stanowiska pracy i zatrudniłam jakieś dzieciaki, które trzeba było non stop kontrolować, żeby mi renomy nie zepsuły. Bałam się, że kiedy ich nauczę wszystkich moich magicznych sztuczek, uciekną i zrobią mi konkurencję po drugiej stronie ulicy, więc na wszelki wypadek byłam dla nich jak dobra ciocia, uczciwie płaciłam, pozwalałam zdobywać kolejne stopnie wtajemniczenia, niczym sprawności harcerskie, żeby cały czas widzieli w moim saloniku możliwość rozwoju, żeby nie przyszło im do głowy, że wszystko już potrafią i mogą iść na swoje.

Zatrudniłam Michała i Hanię, bez doświadczenia, ale też bez łaski, bo sama nie dawałam rady, a potrzebowałam ich choćby po to, żeby myli włosy, zawijali wałki, zamiatali podłogę i odbierali telefony. A jak już byli samodzielni, obroty wzrosły, klientów całe mnóstwo, cztery fotele, trzy pary rąk, więc myśląc perspektywicznie o moim pokoleniowym biznesie, postanowiłam zatrudnić jeszcze kogoś, żółtodzioba, któremu z oczu będzie dobrze patrzyło, i właśnie tą informacją podzieliłam się z moim mężem tamtego dnia.

– Zatrudnię kogoś może od wiosny, ale już teraz będę szukać – powiedziałam, nieświadoma zbliżającego się końca mojego małżeństwa.

W odpowiedzi usłyszałam, żebym usiadła. Brzmiało bardzo oficjalnie, więc w popłochu złapałam się za głowę i spytałam, czy coś się dzieciom stało.

– Nic się nie stało – uspokoił mnie mój mąż, a ja odetchnęłam z ulgą. Na krótko.

Okazało się, że Grzegorz od czterech lat ma kochankę, która jest nawet niewiele młodsza ode mnie. Czy ją znałam? To klientka Grzegorza, bizneswoman, tak jak ja lubię o sobie myśleć – nie fryzjerka, tylko bizneswoman. Poznali się jakiś czas temu, gdy ona przyszła do jego firmy w czerwonym kostiumie i w czarnych szpilach, oparła dupę o jego dizajnerskie biurko i poprosiła, żeby jej wymienił meble – bo tym się mój Grzegorz zajmował: robił meble na zamówienie. Powiedział mi nawet o tej wizycie, a potem wymieniał jej meble w biurze, w domu, w mieszkaniu jej matki. Przynajmniej dwa razy do roku. Wiedziałam o wszystkim i myślałam, że to jej ekstrawagancja, te czerwone kostiumy, dupa na biurku, zmiana mebli co sezon, więc śmialiśmy się z tego wspólnie z Grzegorzem.

Ale to nie była ekstrawagancja, tylko ich wielkie zauroczenie, a potem miłość. On jej meble do domu, ona mu dupę na biurko, a ja głupia naiwniaczka.

Dlaczego mi o tym mówi dopiero teraz, skoro wymienia Wandzi meble od czterech lat?

– Bo zaszłaś w ciążę, pamiętasz? No i jak mógłbym wtedy ci powiedzieć?

Zaszłam w ciążę, to prawda, a potem już nie było ani ciąży, ani seksu, ani nawet wspólnych kaw na werandzie. Za to mnóstwo powodów, żeby mi nie powiedzieć. Bo po poronieniu miałam depresję, potem miałam jeszcze głębszą depresję, a potem było wszystko w porządku z moim nastrojem, więc Grzegorz bał się coś zepsuć.

A co się zmieniło? Dlaczego tego dnia nie bał się zepsuć mojego nastroju? Takie myśli kłębiły się w mojej głowie.

– No bo jak teraz patrzę na ciebie, kochanie, to widzę silną, niezależną kobietę i piękną… jak na swój wiek… która tyle w życiu przeszła, że jest w stanie wytrzymać wszystko.

Skoro jestem silna, niezależna i piękna, jak na swój wiek, to czego on, do diabła, szukał w ramionach tej Wandzi? Myślałam i myślałam, i nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi.

Urodziłam temu kutasowi trójkę dzieci, razem zbudowaliśmy ten dom, opiekowałam się niedołężną matką kutasa, która nigdy mnie nie kochała tak, jak ja będę kochać swoją synową, i teraz ten kutas mówi mi, że oto zabiera swojego kutasa z mojego życia.

– Nie proszę cię o wybaczenie i chcę się przyjaźnić dla dobra dzieci – wyrecytował swoje postulaty mój mąż. – Mamy z Wandą plany… – dodał, a ja pomyślałam, że my też przecież mamy plany.

Wysłać dzieci na studia, wyremontować taras i zrobić na nim basen, odświeżyć elewację na wiosnę i zestarzeć się razem.

Wanda i Grzegorz mieli nieco inną wizję przyszłości. Chcieli, żebym się zgodziła na rozwód, chcieli się wyprowadzić do Warszawy, chcieli wziąć ślub i zrobić Wandzi lifting po pięćdziesiątce.

Zabolało, zakłuło, przygniotło, ale tylko na chwilę. Może rzeczywiście silna ze mnie kobieta i jestem w stanie wytrzymać wszystko, a może to prozac?

Rozwiodłam się trzy lata temu – tak jak chciał mój mąż.

Dzieci były duże i zdziwione. Mam nadzieję, że nie skrzywiło ich to zbytnio na całe życie.

Gabrysia obwiniała mnie, bo jej zdaniem się zapuściłam i nie walczyłam jak trzeba o małżeństwo. Zapowiedziała też, że ojcu nie wybaczy rozwodu, a tym bardziej powtórnego ślubu. Powiedziała, że przysięgaliśmy przed Bogiem i nieważne, co postanowimy, zawsze będziemy połączeni więzami silniejszymi niż nasze fanaberie i widzimisię. Początkowo znienawidziła ojca za Wandę, ale deklarowała, że się za niego będzie modlić. Mnie przestała w końcu obwiniać i też się za mnie modliła.

Jak mi się udało wychować takie bogobojne dziecko?

Zuzia płakała i obraziła się na tatę śmiertelnie i na zawsze. Nie chciała go widzieć, nie rozmawiała z nim. Dopiero gwiazdkowe prezenty ją udobruchały, bo tatuś miał gest. Wtulała się we mnie wieczorami i próbowała pocieszać matkę, która wcale nie potrzebowała pocieszenia. Mówiła, że ona nigdy mnie nie opuści, że będziemy sobie razem mieszkały i żaden tatuś nie będzie nam potrzebny. Że zostanie fryzjerką i będzie u mnie pracować, a potem przejmie po mnie salonik, jak umrę. Dobra córka.

Rafał się trochę dąsał, z daleka, bo rzadko bywał w domu. Rozwód wykorzystywał na swój sposób, prosząc ojca o kasę, a ponieważ wiedział, że się nie porozumiewamy z tatą w tej sprawie, dostawał ją i od niego, i ode mnie.

Podział majątku był bezdyskusyjny. Ja zatrzymałam Alicję, a on swoją firmę, która była prawie niedochodowa, odkąd jej stałą klientką została Wandzia, dla której Grzegorz zawsze miał promocyjne ceny albo układy handlowe rujnujące budżet firmy, bo ciężko było wypłacić pensję pracownikom, gdy Grzegorz przyjmował od Wandy seks w zamian za meble kuchenne.

Firma GregoryMeb – ze wszystkich nazw, jakie mógł wybrać, wybrał najgorszą! Uparł się, że to będzie dobrze brzmiało, jak jego firma meblowa będzie miała coś angielskiego w nazwie, więc stał się Gregorym, a nie Grzegorzem dla swoich klientów; dla Wandzi pewnie był Misiem­Pysiem czy innym pieszczoszkiem…

Zresztą.

Dom był dla mnie, bo przecież dzieci po rozwodzie są bardziej matki niż ojca, a że muszę gdzieś z nimi mieszkać, zatrzymałam go. On wziął naszą działkę letniskową nad jeziorem mazurskim, z drewnianym domkiem, który kochałam i który Wandzia od kilku lat też kochała.

Byliśmy podobno kwita, jeśli chodzi o podział majątku. Skoro wszyscy, on i nasi prawnicy, mówili „kwita”, pewnie mieli rację.

O alimenty i widzenie dzieci również nie było kłótni.

Rozwiodłam się. Mój mąż zaczął nowe życie, a moim zadaniem było dokończyć nasze stare w pojedynkę.

Dzieci na studiach, Rafał już kończy, Gabrysia ciągle szuka swojego powołania na różnych kierunkach, a Zuzia planuje, więc wszystko jest na dobrej drodze.

Elewacje, taras, basen, starzenie się – wszystkie nasze wspólne plany realizowałam po kolei całkiem sama, i to nie mniej skutecznie niż z mężem przy boku.