*

W salonie zatrzęsienie głów. Musiałam wyjść przed południem, bo Rafał przyjeżdżał z Anią, żebym ją poznała, a tu ciągle pojawiały się kolejne głowy.

Zatrudniłam w końcu trzeciego pracownika, który już samodzielnie rozrabiał farbę, odbierał telefony, zmiatał włosy z podłogi, a tego dnia zdobywał sprawność w myciu włosów. Michał na urlopie ze swoim boyfriendem, więc zostałam tylko z Hanią i z tym ciągle nowym Bartkiem. Hania zapewniała, że da sobie radę przy pomocy tego żółtodzioba, więc mogłam iść do domu. Ufam jej.

Kazałam zapisywać wszystkich na piątek i już nawet ściągnęłam fartuch, gdy do salonu weszła głowa, która ubłagała mnie o ścięcie, więc zostałam jeszcze chwilę. Nie wyręczyłam się Hanią, bo miała klientów zapisanych na zakładkę i pracowała na dwa fotele.

– Jestem w permanentnym niedoczasie! Nikogo nie chcę już dzisiaj widzieć poza planowymi klientami! – broniła się Hania, a ja nie miałam serca, żeby jej wciskać kolejnych.

Założyłam fartuch.

Nie zdążę już z ciastem na przyjazd dzieci. Kupię coś po drodze – pomyślałam. I powiedziałam:

– Bartek, kończ z tym zamiataniem, umyjesz panu głowę!

Spojrzałam na klienta. Całkiem łysy troll; pomyślałam, że załatwię go szybko i pójdę do domu. A jeśli poprosi, żebym wyczarowała bujne afro z jego skromnego sianka za uszami, to zaproponuję mu perukę albo przeszczep cebulek z pleców, bo zza kołnierzyka wystawały mu kępki włosów zdecydowanie gęstszych niż te na głowie.

Ostentacyjnie podniosłam fotel, na któ rym miał usiąść, żeby się nie schylać zbytnio przy pracy. Z uśmiechem na twarzy podreptał w moim kierunku i powiedział, że gustowny fiolet na ścianach, że pięknie się komponuje z bielą mebli, fartuchów i anturiów, które zdobiły salon, że chętnie weźmie namiar na projektanta tego boskiego wnętrza i pewnie by nie uwierzył, że to wszystko mój autorski pomysł i własna koncepcja, którą wcieliłam w życie, tnąc koszty, jak się dało.

Potem oddał się w moje ręce i powiedział, żebym zrobiła mu na głowie coś w stylu tego wnętrza. Oho!

Siedział wyprostowany i był tak niski, że jego buty ledwo sięgały podłogi. Przeczesałam gęstym grzebykiem jego rzadkie włoski. Uśmiechnęłam się, widząc, że próbował ukrywać siwiznę pod kasztanową, nieco rudawą farbą.

– Ślicznie się pani uśmiecha. Ma pani pięk­ ne białe zęby. – Mówiąc to, wyszczerzył swoje, które były żółtawe, ale kompletne. A może miał protezę.

– Głowa prosto! – zdyscyplinowałam trolla, żeby mi się nie wiercił. – Nie zapuszczamy pożyczki, prawda? – spytałam, zaczesując jego włosy na jedną stronę, co zawsze wygląda śmiesznie i jest ostatnim przystankiem przed desperacką treską. Pożyczka to kiepski pomysł nawet dla superprzystojnego mężczyzny, a tym bardziej dla trolla.

– Myślałem, że pożyczki się zaciąga, a nie zapuszcza, miła pani…

Podniosłam kąciki ust, bo pomyślałam, że chciał zażartować i uśmiechnąć się było w tym wypadku grzecznie.

Zszedł z fotela zadowolony, dopieszczony i bardzo wdzięczny.

– Całuję rączki i do zobaczenia, gdy tylko włosy odrosną! – powiedział, a ja mogłam wreszcie iść do domu i szykować się na przyjazd Rafała.

Zrobiłam popisowe klopsiki w sosie pomidorowym z domowym makaronem i natką z ogródka. Na deser podam sernik z cukierni, bo już nic nie zdążyłam upiec przez tego trolla bez włosów. Ubrałam się tak, żeby Ania, patrząc na mnie, myślała, że warto być z moim synem dla takiej teściowej.

Jaka ona będzie? Na pewno jest ładna, bo Rafał ma znakomity gust i sam jest najprzystojniejszy na całym świecie. Chociaż poprzednia jego wybranka serca była zupełnie przeciętna, ale miała inne zalety, duży biust, dużo zalet. Pewnie studentka, bo skąd miałby znać niestudentkę ten mój Rafał. Wolałabym, żeby nie była zbyt chuda, bo to wygląda tak chorobowo.

Ciekawe, jakie ma włosy?

Zuzia wróciła od koleżanki i spytała, dlaczego się tak wystroiłam. Doradziła mi zdjęcie kolczyków i zmianę odpustowej (podobno) bluzki na T­shirt, więc jej posłuchałam i wyglądałam (podobno) po tej metamorfozie bardziej na luzie.

Usiadłam przy stole i czekałam. Zuzia czekała ze mną, ale nie na nich, tylko na iPoda, którego brat miał jej przywieźć od ojca z Warszawy. Czekała i miała w nosie to, z kim przyjedzie Rafał do domu, co podkreślała na każdym kroku.

– Mam w nosie, z kim przyjedzie! – mówiła.

– Mogę już trochę zjeść? – dopytywała się zniecierpliwiona.

– Nie!

– Ale ja głodna jestem!

– To weź sobie banana…

– Jaka ty jesteś podniecona tą Anką! Jezu! Żebyś się czasem tak zrobiła na mój powrót ze szkoły…

Nie słyszałam, co do mnie mówiła.

Posprzątałam wczoraj pokój Rafała, żeby się nie musiał wstydzić przed Anią. Wyprałam firanki, zabrałam z półek zdjęcie byłej dziewczyny, na którym eksponowała swoje niewątpliwe atuty. Schowałam też miecz świetlny Jedi do szafy. Zmieniłam pościel i przygotowałam dla Ani osobne posłanie, bo nie wiedziałam, czy oni już, a że nie chciałam jej urazić, więc na wszelki wypadek.

Jedwabna pościel w maki, najlepsza, jaką miałam. Pościeliłam jej w pokoju Gabrysi.

Zuzia nie siedziała już ze mną w kuchni, skoro odmówiłam jej jedzenia. IPoda i tak się doczeka, bez względu na to, czy będzie ze mną wysiadywać w kuchni czy nie. Latała teraz po domu i szukała stroju kąpielowego, bo chciała pomoczyć się w basenie na tarasie.

– Mamoooo! Nie ma go u mnie! Gdzie może być!?

– Nie wiem.

– Nie słyszęęę! Gdzieeee?

– Nie wiem! Sprawdź u Gabrysi w szafie!!!

Przyjechali. Rafał, Ania i iPod. Wyjrzałam zza firanki. Otworzył jej drzwi, zanim wysiadła z auta, mój syn. Dobrze go wychowałam! Samochód od taty – kupił mu na zakończenie studiów, rok przez końcem, bo tak w niego wierzy, tatusiek kochany, że jest pewien, że je skończy.

I skończy. Lada dzień – powtarzałam sobie, choć wiedziałam, że cały czas czekał na wyniki ostatniego egzaminu.

Wysiedli i szli w stronę domu.

Rozglądała się dookoła wielkimi jasnymi oczami. Jej twarz zdobił promienisty uśmiech. Tylko jej wianuszka z polnych kwiatów brakowało! Była śliczna. Miała prawie metrowe blond włosy, naturalnie słomkowe, bo farbę poznam, nawet gdy sama ją zrobię z zamierzeniem, żeby nie było widać, że to farba. Wysoka, szczupła, w sukience w kwiaty, z torebką przewieszoną niedbale przez ramię. Mocno trzymała za rękę mojego syna i podziwiała mój ogród. Idealna synowa.

Ledwo weszli do domu, a ja od progu niezdarnie zabieram ich bagaże, zapraszam do środka, przepraszam za bałagan, którego nie ma, i nie mogę się nadziwić, że ma takie piękne długie włosy.

– Mamoooo! – krzyknęła Zuzia z piętra.

– Cooo? – wrzasnęłam i wiedziałam, że powinnam powiedzieć „proszę”.

– Kot nasrał na pościel w maki!

Wieczorem siedzieliśmy wszyscy przy zgaszonym, bo czerwiec był, kominku. Ania wczuła się w atmosferę pierwszej wizyty u matki swojego chłopaka – podawała mi kolejne zdjęcia, których pełno było w salonie, i pytała: kto to?

To jest moja mama, mój tata i ja. To jestem ja, mój były mąż i Rafał, gdy miał dwa latka. Tutaj ja jestem w ciąży z Zuzią… nie! z Gabrysią! Tutaj jesteśmy na wakacjach w Chorwacji, w piątkę. To były nasze ostatnie wspólne wakacje. Tutaj jest nasz pies, Bobek, tak go nazwał Rafał. Bobka przejechał sąsiad, przypadkiem. A to moje zdjęcie ślubne.

– Przepięknie pani wygląda! Ile miała pani wtedy lat?

Za mało – mówiła moja mama, ale byłam w ciąży, więc każdy miesiąc się liczył, żeby ludzie mnie palcami nie wytykali.

Wieczorem, kiedy Ania i Rafał poszli spać, wcześnie, bo ciągle odsypiają trudy sesji, razem, bo kot nasrał na pościel w maki, zostałam sama z ostatnim kawałkiem sernika z cukierni.

Ładna, miła, studiuje fortepian na Akademii Muzycznej i marzy o uczeniu małych dzieci. Włosy idealne i pewnie wyglądało, jakbym miała fioła na tym punkcie, ale to naprawdę były nieprzeciętne włosy. Rok starsza od Rafała, ale wciąż studiuje, bo po maturze nie dostała się od razu na wymarzony fortepian, za drugim i trzecim razem też nie. Podoba jej się mój ogród, dom, fryzura, T­shirt, smakują jej moje pulpety i nie mój sernik. Doceniła piękno pościeli w maki, którą dla niej wybrałam, i zaoferowała się do zmywania naczyń po obiedzie, ale powiedziałam, że nie trzeba, bo Zuzia to zrobi. I zrobiłam, ja.

Poszli spać, Zuzia się kąpała, a ja zaczęłam się martwić, dlaczego trwa to tak długo, bo zniknęła w łazience na ponad pół godziny.

– Zuziu? Żyjesz?! – dopytywałam zaniepoko­ jona, stojąc przy drzwiach mojej częściej używanej łazienki.

Zuzia wychyliła się zza drzwi, a za nią buchnęła gorąca para. Położyła palec na ustach i kazała mi wejść do środka.

– Co się stało? – spytałam, zaskoczona tą konspiracją.

Zuzia otworzyła położoną na pralce różową kosmetyczkę, nie moją, nie jej, więc pewnie Anny, i kazała mi zajrzeć.

– Zuźka! Co ty sobie myślisz!? Chciałabyś, żeby ktoś ci grzebał… I zamknij to, tak jak było… Co ci przyszło do głowy!? Idź do siebie natychmiast!

– Ale zobacz! – Wyciągnęła jednym ruchem czerwone używane stringi w rozmiarze S. – Widziałaś kiedyś coś takiego?

Pouczyłam Zuzię, że grzebanie w czyjejś bieliźnie jest niehigieniczne, nieprzyzwoite i niekulturalne. Na to mi Zuzia, że jestem nieczujna, nieprzezorna i nieodpowiedzialna, bo co, jeśli okazałoby się, że Ania to ćpunka, która ma całą kosmetyczkę wypchaną dragami i w dodatku trzyma w środku krem na grzybicę?

– Nie to nie! Po prostu nie wygląda na taką, co nosi takie wyuzdane majtki. Taka chodząca cnotka, anielskie stworzenie, Zosia, kurczę, z „Pana Tadeusza”!

– Zuźka!

– No dobra, dobra… Idę do siebie, ale zdziwiłabym się, gdybyś się nie rzuciła na tę kosmetyczkę, jak tylko stąd sobie pójdę! Bo nigdy nic nie wiadomo!

– No to się zdziwisz!

Dostępne w wersji pełnej