Mój najstarszy syn Colin, który ma teraz trzydzieści trzy lata, po raz pierwszy przeczytał „Świat według Garpa” – w rękopisie – jako dwunastoletni chłopiec. Z wielkim niepokojem czekałem na jego reakcję. (W dalszym ciągu uważam, że są tam sceny nieodpowiednie dla dwunastolatka). „Garp” był wprawdzie moją czwartą książką, ale pierwszą, którą Colin mógł przeczytać. Pamiętam, jak bardzo byłem dumny i zdenerwowany na myśl o tym, że będzie mnie oceniało jedno z moich dzieci. Fakt, że zadedykowałem książkę Colinowi i młodszemu synowi Brendanowi, jeszcze dodatkowo wzmagał moje napięcie.
Z pewnością każdy zna dwa najczęściej zadawane pisarzom pytania. O czym jest pańska książka? I czy jest ona autobiograficzna? Nigdy mnie nie interesowały ani te pytania, ani odpowiedzi, jakich mógłbym na nie udzielić – jeśli powieść jest dobra, nie mają one żadnego sensu – ale gdy mój dwunastoletni syn czytał „Świat według Garpa”, przewidywałem, że tym razem to on mi właśnie zada owe sakramentalne pytania, i bardzo intensywnie się do tego przygotowywałem.
Teraz, dwadzieścia lat później, i po napisaniu dziewięciu powieści, dochodzę do wniosku, że nigdy tak gorączkowo nie obmyślałem odpowiedzi na te „bezsensowne” pytania jak wtedy, kiedy Colin czytał „Garpa”. Mam oczywiście na myśli to, że zadawanie takich pytań przez dwunastolatka jest całkowicie zrozumiałe i na miejscu, podczas gdy – przynajmniej moim zdaniem – dorośli nie mają do tego prawa. Człowiek dorosły, czytając powieść, powinien wiedzieć, „o czym ona jest”, a także rozumieć, że to, czy jest ona autobiograficzna, czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia, chyba że ów dorosły to ktoś beznadziejnie naiwny albo całkowicie nieświadom tego, czym jest fikcja literacka.
Tak czy inaczej, kiedy Colin siedział w swoim pokoju i czytał „Garpa”, ja łamałem sobie głowę, poszukując odpowiedzi na pytanie, o czym ta książka jest. Ku swemu przerażeniu i pogardzając sobą głęboko, doszedłem do wniosku, że moja książka traktuje o pokusach, na jakie wystawiona jest nasza żądza, i o tym, że wcześniej czy później każdego z nas doprowadzić ona musi do żałosnego końca. Jeden z rozdziałów został nawet zatytułowany „Jeszcze o żądzy”, jakby i bez tego nie było jej dosyć. Ze wstydem uświadomiłem sobie, jak wiele miejsca zajmuje w „Garpie” żądza i jak bardzo moja książka jest restrykcyjna: każdego z bohaterów, który sobie choć trochę pofolguje, spotyka surowa kara. A do tego jeszcze losy zarówno sprawców, jak i ofiar obfitują w fizyczne okaleczenia: moi bohaterowie tracą oczy, ręce, języki, a nawet – penisy!
W pewnym momencie, kiedy zaczynałem pisanie „Garpa”, wydawało mi się, że głównym tematem powieści jest polaryzacja płci, że to historia o mężczyznach i kobietach, którzy się coraz bardziej od siebie oddalają. Spójrzcie tylko na fabułę: wybitna, lubo szczera kobieta (matka Garpa, Jenny Fields) ginie z ręki szaleńca, który nienawidzi kobiet, sam zaś Garp zostaje zamordowany przez zwariowaną kobietę, która nienawidzi mężczyzn.
„Na tym sprośnym świecie – myślała – jest się czyjąś żoną albo czyjąś dziwką – albo na najlepszej drodze do stania się jedną czy drugą. A jeśli nie pasujesz do żadnej z tych kategorii, dają ci do zrozumienia, że coś jest z tobą nie w porządku”. Ale z matką Garpa wszystko było w porządku; w swojej autobiografii Jenny pisała: „Chciałam pracować i chciałam żyć samotnie. Zyskałam w ten sposób opinię seksualnie podejrzanej. A poza tym chciałam mieć dziecko, nie dzieląc z nikim swojego ciała ani życia. I to też czyniło mnie seksualnie podejrzaną”. Bycie tym, co Jenny określiła jako „seksualnie podejrzaną”, sprawia, że Jenny staje się przedmiotem nienawiści antyfeministek, podobnie jak jej syn Garp staje się przedmiotem nienawiści skrajnych feministek.
Ale to, co najważniejsze o matce Garpa, zostało powiedziane już w pierwszym rozdziale: „Jenny Fields odkryła, że znacznie łatwiej zyskać szacunek, szokując innych ludzi, niż próbując żyć swoim własnym życiem, z zachowaniem odrobiny intymności”. Dziś, w dwadzieścia lat później, odkrycie Jenny wydaje się jeszcze bardziej uzasadnione – żeby nie powiedzieć: jeszcze bardziej dające się obronić – niż mi się wydawało w roku 1978. A poza tym nie zawsze zgadzam się z Jenny. „Między mężczyzn i kobiety – jak powiedziała kiedyś Jenny Fields – jedynie śmierć została równo rozdzielona”. Znacznie później, w ostatnim rozdziale książki, nie zgadzam się z nią, co wyraziłem w takich oto słowach: „...między mężczyzn i kobiety nawet śmierć nie została równo rozdzielona [...] nawet w tym udział mężczyzn jest większy”.
Swego czasu obawiałem się, że postać Jenny zdominuje powieść; nie byłem pewien, które z nich jest głównym bohaterem: Garp czy jego matka. Coś z tego niezdecydowania zostało. Chciałem nawet kiedyś rozpocząć książkę rozdziałem jedenastym („Pani Ralph”), ale to by wymagało cofnięcia się o 279 stron. Później próbowałem rozpocząć „Garpa” od rozdziału dziewiątego, zatytułowanego „Wieczny mąż”. Pierwsze zdanie tego rozdziału brzmi: „Przeglądając żółte kartki książki telefonicznej w poszukiwaniu składu drewna, Garp zatrzymał wzrok na «Poradach małżeńskich i rodzinnych»”. Pomyślałem, że jest to powieść o małżeństwie, a dokładniej o niebezpieczeństwach, na jakie jest ono narażone – a jeszcze dokładniej o zagrożeniu, jakie dla małżeństwa stanowi żądza. „Nigdy nie przyszło mu na przykład do głowy – pisałem – że istnieje znacznie więcej doradców małżeńskich niż składów drewna”. (Czy jest coś dziwnego w tym, że byłem poważnie zaniepokojony faktem, że dwunastolatek czyta „Garpa”?)
To znów kiedy indziej „Świat według Garpa” zaczynał się od obecnego rozdziału trzeciego („Kim chciałby zostać, kiedy dorośnie”) – bo czyż nie jest to powieść i o tym? Garp chce zostać pisarzem; jest to więc powieść o pisarzu, chociaż mało który czytelnik zapamiętał ją jako taką. A jednak początki Garpa jako pisarza mają dla książki zasadnicze znaczenie – „...początek długo poszukiwanego transu, gdy jednocześnie świat pada na kolana przed wszechogarniającym głosem”. I od samego początku był epilog. Tak jak zawsze – wiedziałem wszystko, cokolwiek się zdarzyło, zanim jeszcze zacząłem pisać. „Epilog – pisał Garp – to coś więcej niż lista strat. Epilog to w gruncie rzeczy ostrzeżenie na przyszłość, ukryte pod pozorem omawiania przeszłości”.
Jednak rozpoczęcie powieści, tak jak to kiedyś planowałem, od rozdziału trzeciego byłoby zbyt historyczne, zbyt odległe w sensie emocjonalnym. „W roku 1781 wdowa i dzieci po Everetcie Steeringu założyli Akademię Steeringa, jak pierwotnie nazywała się szkoła. Krając swoją ostatnią świąteczną gęś, Everett Steering oświadczył bowiem rodzinie, że nic więcej nie ma do zarzucenia swojemu miastu, jak tylko brak odpowiedniej akademii, która by przygotowała jego chłopców do wyższych studiów. O dziewczętach nawet nie wspomniał”. I oto – proszę bardzo – znów mamy do czynienia z problemem polaryzacji płci – i to już w 1781 roku!
A tymczasem w zaciszu swego pokoju Colin czytał i czytał. „Świat według Garpa” nigdy by nie zadowolił dwunastolatka, gdyby to była powieść tylko o pisarzu, chociaż wiele z tego, co w tej książce uważałem za istotne dla siebie, sprowadzało się właśnie dokładnie do tego. Zawsze będę widział Garpa, jak nocami przemyka się przez pogrążone we śnie przedmieścia, obserwując mglisty obraz telewizorów swoich sąsiadów. „Słychać przyciszony świergot telewizorów nastawionych na nocny program, z niektórych domów sączy się pulsujący szarobłękitny poblask ekranów telewizyjnych. Garpowi ten blask kojarzy się z rakiem – podstępnym, zdradliwym, obezwładniającym, który usypia świat. Być może telewizja rzeczywiście powoduje raka – myśli – ale jego prawdziwa złość to złość pisarza: wie, że tam, gdzie jarzy się ekran telewizora, tam siedzi ktoś, kto nie czyta”.
A co ze zjadliwym wirusem? Colin doskonale wiedział, skąd się wziął zjadliwy wirus. Otóż pewnego roku w lecie na plaży w Long Island zwrócił swojemu młodszemu bratu uwagę: „Wystrzegaj się zdradliwych wirów”. Brendan, który miał w owym czasie sześć lat (Colin miał dziesięć), źle go zrozumiał. Nigdy nie słyszał o wirach i był przekonany, że jego brat powiedział: „zjadliwy wirus”. Że gdzieś pod wodą czyha niebezpieczny wirus.
– A co on może zrobić złego? – zapytał Brendan.
– Wciągnąć do morza, wessać pod wodę – odparł Colin.
I to definitywnie załatwiło sprawę – Brendan za żadne skarby nie chciał się zbliżyć do wody. W kilka tygodni później zobaczyłem, jak stoi w pewnej odległości od brzegu, wpatrzony w fale.
– Co robisz? – spytałem.
– Szukam zjadliwego wirusa – odparł Brendan. – Czy on jest bardzo duży? Jakiego jest koloru? Jak szybko pływa?
Bez zjadliwego wirusa nie byłoby „Świata według Garpa”.
Ku mojemu zdziwieniu Colin nie zapytał, o czym jest ta książka. Sam mi powiedział.
– Myślę, że to jest książka o strachu przed śmiercią – zaczął. – A dokładniej o strachu przed śmiercią dzieci czy w ogóle kogoś, kogo się kocha.
Przypomniałem sobie wtedy, że wśród innych prób rozpoczęcia „Garpa” był też bardzo dawno temu pomysł, żeby zacząć ją zdaniem, które ostatecznie zamyka powieść. („Ale w świecie według Garpa wszyscy jesteśmy przypadkami beznadziejnymi”). Przypominam sobie też, jak to zdanie przewijało się przez całą książkę i jak je stale popychałem do przodu. Kiedyś było pierwszym zdaniem drugiego rozdziału; potem ostatnim zdaniem dziesiątego rozdziału itd., aż wreszcie wylądowało na samym końcu, stanowiąc jedyne możliwe zakończenie całej książki. I nic dziwnego – nie na próżno Garp nazywa pisarza „lekarzem, który widzi tylko przypadki beznadziejne”.
A jednak dwunastoletni Colin zadziwił mnie, mówiąc mi, o czym jest moja książka. Otóż rozdział „Pani Ralph”, pierwszy nieudany początek, który jest obecnie rozdziałem jedenastym, zaczyna się od słów: „Gdyby Garpowi zapewniono spełnienie jakiegoś zakrojonego na dużą skalę, a naiwnego życzenia, prosiłby, żeby świat był bezpieczny. Dla dzieci i dla dorosłych. Uważał bowiem świat za niepotrzebnie niebezpieczny dla jednych i dla drugich”. W wieku lat dwunastu Colin skupił się wyłącznie na tym problemie. Garp żyje na „bezpiecznym przedmieściu małego bezpiecznego miasta”, ale ani on, ani jego dzieci nie są bezpieczne. Zjadliwy wirus dopadnie go w końcu, tak jak dopadł jego matkę i młodszego syna. „Tylko uważajcie!” – przestrzega zawsze Garp swoje dzieci, tak jak ja do dziś przestrzegam swoje.
Jest to powieść o byciu uważnym i o tym, że to nie wystarczy.
Ostateczny początek mojej książki, ten, który w końcu wybrałem, mówi o tym, że Jenny ma zwyczaj noszenia w torebce skalpela. Jenny jest pielęgniarką, kobietą niezamężną, która nie chce mieć z mężczyznami nic wspólnego. Nosi przy sobie skalpel w celu samoobrony. Tak więc „Świat według Garpa” zaczyna się brutalną sceną – Jenny rani żołnierza, nieznajomego, który wsadza jej rękę pod sukienkę (pod uniform pielęgniarski). „Matkę Garpa, Jenny Fields, aresztowano w Bostonie w roku 1942 za to, że zraniła w kinie mężczyznę”. W końcu moje zadanie okazało się bardzo proste; zacząłem od początku głównego wątku – zanim jeszcze Jenny zaszła w ciążę – od momentu, kiedy podejmuje decyzję, że chce mieć dziecko, nie mając męża.
Co ciekawe, Colin nigdy mnie nie zapytał, czy moja powieść jest autobiograficzna. Ale w rok po opublikowaniu „Świata według Garpa” odwiedziłem Northfield Mount Herman School, prywatną szkołę średnią w Massachusetts. Zaproszono mnie do wygłoszenia pogadanki dla uczniów, a ja się zgodziłem ze względu na Colina, który został tam świeżo przyjęty. Skoro w nadchodzącym roku szkolnym ma być ich uczniem – pomyślałem – to niech obejrzy sobie szkołę i pozna chłopców i dziewczęta, którzy wkrótce będą jego kolegami. Tak więc Colin pojechał ze mną na tę pogadankę, po której były pytania. (Słuchaczy powiadomiono, że od jesieni Colin będzie chodził do Northfield Mount Herman School, i przedstawiono go zebranej młodzieży). Zupełnie nieoczekiwanie bardzo ładna młodziutka dziewczyna zapytała Colina – nie mnie:
– Czy Garp to twój tata, twój ojciec?
Biedny Colin! Jakżeż musiał być speszony. Chociaż jego podziwu godne opanowanie w najmniejszym stopniu tego nie zdradzało. Był trochę młodszy od zgromadzonych na pogadance uczniów, a mimo to uderzyły mnie jego dojrzałość i rozsądek. Poza tym był znawcą „Świata według Garpa”.
– Nie, mój tata nie jest Garpem – odpowiedział. – Ale lęki mojego ojca są lękami Garpa, jak lęki każdego ojca. (Colin miał czternaście lat, a mówił, jakby miał dwadzieścia jeden).
A więc to właśnie o tym jest „Świat według Garpa” – o ojcowskich lękach. I jako taka powieść ta jest i zarazem nie jest autobiograficzna. Spytajcie Colina albo Brendana, albo – za kilka lat, kiedy będzie mógł ją przeczytać – mojego najmłodszego syna Everetta. (W chwili obecnej ma sześć lat).
Napisałem tę książkę już dwadzieścia lat temu, ale do tamtych lęków wracam niemal codziennie. Każdy najmniejszy szczegół „Świata według Garpa” jest wyrazem strachu; nawet dziwna blizna po ospie na twarzy wiedeńskiej prostytutki stanowi odzwierciedlenie najkoszmarniejszych lęków. „Srebrzyste wyżłobienie na czole dziewczyny było niemal tak duże jak jej usta; przypominało Garpowi mały otwarty grób”. Grób dziecka.
Kiedy wyszedł „Garp”, ludzie, którzy stracili dzieci, zasypywali mnie listami. „Ja też straciłem dziecko” – zwierzali mi się. Wyznałem, że ja nie straciłem żadnego z moich dzieci. Jestem po prostu ojcem o prawidłowej wyobraźni. W tej wyobraźni tracę moje dzieci codziennie.
John Irving