1

Soddisfazione

Siedziałem z Paoluccim na wytartych kamiennych stopniach, w jednej ręce trzymałem kanapkę z szynką prosciutto, a w drugiej kieliszek czerwonego wina. Za godzinę miał być lunch. Przyglądaliśmy się widocznemu pomiędzy cyprysami, leżącemu na wzgórzu miasteczku Montepulciano. W samo południe dzwony na wieży rozbrzmiały i wypełniły przestrzeń swoją muzyką. Rosanna wyszła z winnicy, spocona od upału, odłożyła motykę do wiadra z wodą, żeby drewniany trzonek nie wysechł na wiór. Rękawem koszuli wytarła pot z czoła i poszła do kuchni zamieszać gotujące się na wolnym ogniu mięso z dzika in umido.

– Nie martw się, Rosa – powiedział Paolucci. – Wszystko się odmieni, kiedy wygram los na loterii.

– Dostanę wtedy nowy trzonek do motyki? – zadrwiła Rosanna.

– Zapomnij o motykach! – zripostował Paolucci. – Nie będziesz już pielić, przycinać ani przywiązywać tych maledetti[1] winorośli. Nie będziemy musieli martwić się o grzyb, pleśń ani o nadmiar wody czy suszę. Ty będziesz mogła się odprężyć, a ja pić więcej wina.

– Jeszcze więcej niż teraz? – zapytała Rosanna. – Musiałbyś chyba pić także podczas snu.

Paolucci dopił wino.

– Modlę się do Boga, żeby nie było życia po śmierci – burknął pod nosem. – Bo jeśli jest, to będzie wierciła mi dziurę w brzuchu do końca świata.

Dolał nam wina, mówiąc:

– Francesco, tak naprawdę wcale nie chcesz winnicy. Nie chcesz też mieć żony, ale na to już za późno. Nie jest jednak za późno, żeby zrezygnować z myśli o winnicy. Winnica jest jak grób; a nieboszczyk nie może opuścić mogiły.

– A co z soddisfazione[2]?– zapytałem.

– To jest soddisfazione! – powiedział, podnosząc kieliszek. – Dam ci tyle soddisfazione, ile tylko będziesz mógł wypić. Ale po co marnować sobie życie?

Równie dobrze mógłby mówić do ściany.

Kiedy wracałem do domu, myślałem tylko o posiadaniu własnych winorośli.

Nasz dom stał na grzbiecie wzgórza, około kilometra piaszczystą drogą od Paolucciego. Nazywał się La Marinaia, czyli żona żeglarza. Bóg jeden wie, czym na taką nazwę zasłużył sobie budy-nek wzniesiony prawie sto kilometrów do morza. Sąsiedzi nie mieli zielonego pojęcia, dlaczego tak było, i raczej niewiele ich to obchodziło.

Dom odnowiono kilka lat temu. Ciężkie dębowe belki podtrzymywały sufit, podłoga była wyłożona ręcznie wykonaną terakotą, drzwi zrobiono z drewna kasztanowca, a ramy okienne starannie polakierowano. Na parterze, kiedyś stajni, teraz znajdowało się szerokie przejście pełne książek, wydzielono miejsce na spiżarnię, a naprzeciw niej – kuchnię z paleniskiem i szklanymi drzwiami wychodzącymi na ogród. Jadalnia była godna królewskich odwiedzin, a w pokoju dziennym stał kominek wystarczająco duży, by upiec w nim całkiem spore prosię. Na górze mieściły się trzy sypialnie z widokiem na Montepulciano, który podbiłby serce każdego scenografa operowego.

Dla poprzedniego właściciela, specjalisty od finansów, pielęgnacja ogrodu była syzyfową pracą. Wzgórza otaczające Montepulciano składają się głównie z gliny. Aby rozpocząć uprawę cyprysów, drzew laurowych, lawendy oraz rozmarynu, trzeba było nawieźć żyzną ziemię. Sprytny właściciel postanowił posadzić na działce gaj orzechowy, żeby po dwudziestu latach sprzedać drewno wysokiej jakości i zapewnić sobie godziwy zysk. Niestety, na twardej glinie drzewa nie rosły najlepiej i kiedy umarł, nie nadawały się nawet na wykałaczki.

Chociaż dom stał na środku oceanu pól i winorośli, niecały hektar należał do nas. Uprawialiśmy na nim to, co najważniejsze, czyli pięćdziesiąt karłowatych drzewek oliwnych wysokości człowieka.

By stać się właścicielami winnicy, musielibyśmy kupić więcej ziemi.

Minąłem winnicę Paolucciego, sadzawkę pełną hałaśliwych dzikich kaczek i winnicę Talosy, która przylegała do naszego domu. Prowadził ją pyskaty rzymianin. Przez lata udało mu się wyłudzić to i owo od każdego z sąsiadów. Kiedyś usłyszałem, jak bankier mieszkający po drugiej stronie strumienia wrzeszczał do niego:

– Masz szczęście, że to nie Sycylia, inaczej już byłbyś martwy!

Przyglądałem się rzędom winorośli, ciągnącym się w dół wzgórza, na łodygach rozwijały się pączki, a świeżo spulchniona ziemia czekała na pierwsze krople deszczu. Marzyłem o własnej winnicy, krzątaninie związanej z vendemmia, czyli winobraniem, przerywanym w południe na obiady podawane przy długich stołach w cieniu altanki, żebym mógł potem lekko wstawiony powrócić pomiędzy winorośle i z szerokim uśmiechem zbierać grappoli[3] dwa razy szybciej. Marzyłem też o tygodniach spędzanych w piwnicy w trakcie fermentacji oraz odurzającym słodkawym zapachu, wypełniającym powietrze i unoszącym się za człowiekiem prosto w gwiaździstą noc. Rozmyślałem o długich zimowych wieczorach i dębowych beczkach, wypełnionych drzemiącym dojrzewającym winem.

Marzyłem wreszcie o tym, co najlepsze – o butelce stojącej na obrusie, odbijającej płomień świecy, oraz o gościach, którzy z podziwem przyglądają się gustownej etykiecie naszego własnego wina.



[1] maledetti (wł.) - przeklętych (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza)

[2] soddisfazione (wł.) - zadowolenie, przyjemność

[3] grappoli (wł.) - kiść