Jak na ironię, ojciec Wilbura Larcha był pijakiem – czyli niczym się nie wyróżniał spośród męskiej populacji Portland z czasów burmistrza Dowa. Piwo wolno było reklamować na wystawach sklepów; reklamowano więc „szkockie” i „gorzkie”, a ojczulek Wilbura Larcha oba gatunki lał w siebie strumieniami, głosząc przy tym, że tej słabizny trzeba wychylić parę wiader, żeby się chociaż minimalnie wstawić. Małemu Wilburowi ojciec nigdy nie wydawał się pijany – nie zataczał się, nie przewracał, nie leżał jak kłoda z oczami w słup, nie robił awantur, nie bełkotał. Tylko stale miał bardzo zdziwioną minę i zachowywał się, jakby co krok doznawał nagłego olśnienia, które kazało mu przystanąć w środku marszu albo zamilknąć w pół słowa, gdyż (tak to wyglądało dla postronnych) rozwiązał oto wielką, fundamentalną kwestię, która go nurtowała od wielu dni.
Bardzo często kręcił głową, zatopiony we własnych myślach, i do końca życia rozprzestrzeniał mylną informację, jakoby „Great Eastern”, statek o wyporności dziewiętnastu tysięcy ton, budowany w Portland, miał być przeznaczony do rejsów po północnym Atlantyku, na trasie Europa–Maine. Wierzył głęboko, że dwa najlepsze nabrzeża w zatoce Portland przygotowano specjalnie dla statku „Great Eastern”; że nowy, ogromny hotel w Portland stanął specjalnie z myślą o pasażerach „Great Eastern” i że wyłącznie z winy jakiegoś sabotażysty, zdrajcy lub po prostu idioty, wstrzymywany jest powrót statku „Great Eastern” do macierzystego portu Maine.
Ojciec Wilbura Larcha pracował był przy tokarce podczas budowy statku „Great Eastern”; możliwe, że obsesję wywołał w nim jękliwy odgłos maszyny, w połączeniu z nieustannym szumem alkoholowym w głowie. Statek „Great Eastern” nigdy nie miał zawijać do Portland; budowano go z myślą o rejsach australijskich, lecz poważne opóźnienia prac doprowadziły armatora do bankructwa, skutkiem czego statek odsprzedano właścicielowi linii północnoatlantyckiej. Niestety, nie sprawdził się w warunkach północnych. Ogólnie rzecz biorąc, statek „Great Eastern” był jedną wielką klapą.
Tak więc ojciec Wilbura Larcha żył utopijnym wspomnieniem dni spędzonych przy tokarce i głęboką niechęcią do reformy antyalkoholowej, do przekonań małżonki, a także do jej chlebodawcy, burmistrza Neala Dowa. Zdaniem ojca Wilbura Larcha, statek „Great Eastern” nie wracał do Portland właśnie z powodu prohibicji – tej niewypowiedzianej krzywdy losu, która jego samego zmusiła do picia takich świństw jak piwa „szkockie” i „gorzkie”. Ponieważ Wilbur znał ojca tylko w późniejszych latach jego życia już po odpłynięciu „Great Eastern”, kiedy Larch senior pracował jako bagażowy na stacji Portland, należącej do linii kolejowej Grand Trunk Railway – mógł jedynie próbować wyobrazić sobie, czemu lata spędzone przy tokarce stanowiły najlepszy okres w życiu rodzica.
Małemu Wilburowi nigdy nie przyszło do głowy, że brak niektórych palców u dłoni ojca jest skutkiem zbyt wielu „szkockich” i „gorzkich”, wychylonych w godzinach pracy przy tokarce – „wypadek przy pracy”, mawiał o tych ubytkach Larch senior – tak jak nie przyszło mu do głowy, że entuzjazm matki dla reformy antyalkoholowej wynikać może z zamiłowania mistrza tokarskiego do portera. Z czasem Wilbur zrozumiał, że jego rodzice zaliczają się do służby, a widząc, jak oni zmarnowali sobie życie, zaczął – jak to mawiają nauczyciele – pożerać wiedzę.
Chociaż Wilbur Larch wychował się w domu burmistrza, wchodził tam zawsze kuchennymi drzwiami, a posiłki jadał ze służbą wielkiego wroga alkoholu. W tym czasie jego ojciec pijał swoje śniadania i obiady w portowych dokach. Wilbur Larch uczył się bardzo dobrze, ponieważ wolał towarzystwo książek od wysłuchiwania dysput matki i innych służących burmistrza o potrzebie walki z alkoholizmem.
Wilbur Larch kontynuował naukę w College’u Bowdoina, a następnie na Harwardzkiej Akademii Medycznej, gdzie fascynacja bakteriami nieomal go odwiodła od medycyny praktycznej i sprowadziła na boczne drogi kariery laboranta lub, co najwyżej, bakteriologa. Miał, zdaniem profesora, spore zacięcie w tej dziedzinie i bardzo mu odpowiadało zacisze laboratorium; a poza tym, pasjonowało go zdobywanie wiedzy o bakteriach. Przez blisko rok studiów medycznych sam był nosicielem bakterii, która tak boleśnie mu dokuczała, że już nie tylko dociekliwość naukowca, ale i paląca potrzeba osobista nagliła Wilbura do intensywnych poszukiwań skutecznej terapii. Cierpiał na rzeżączkę, której nabawił się dzięki pośrednictwu ojca. Stary Larch, oszołomiony piwem i dumą z potomka, posłał go w roku 188– do akademii medycznej z takim właśnie pożegnalnym prezentem. Zafundował chłopcu noc w portowym hotelu robotniczym z portlandzką ladacznicą. Syn był tak zażenowany prezentem, że nie potrafił odmówić. Pogrążony w pijackiej nostalgii ojciec rzadko zdobywał się na jakikolwiek gest; zgorzkniała matka purytanka też była egoistką, chociaż na swój sposób; Wilbur wzruszył się, że ojciec pragnie mu cokolwiek ofiarować.
W hotelu robotniczym sól przeżarła drewniane sprzęty, a morska wilgoć na stałe przeniknęła zasłony i pościel. Ladacznica przypominała Wilburowi jedną z ładniejszych służących – koleżanek matki. Zamknął więc oczy i z trudem wyobraził sobie, że finalizuje zakazany romans w pokoiku na tyłach willi burmistrza. Kiedy otworzył oczy, ujrzał rozstępy na podbrzuszu ladacznicy, pogłębione w blasku świecy – wtedy jeszcze nie wiedział, że rozstępy zostają po ciąży. Ladacznicy było to najwyraźniej obojętne, czy Wilbur zauważył rozstępy na jej brzuchu, czy nie; on zaś, zasypiając z głową na jej podbrzuszu, zdążył zadać sobie niemądre pytanie, czy te zmarszczki nie odbiją się przypadkiem na jego twarzy, jako wieczne piętno. Obudził go ostry, przykry zapach; pospiesznie odsunął się od kobiety, nie zakłócając jej snu. W fotelu, na którym ladacznica złożyła ubranie, ktoś siedział i palił cygaro – koniec cygara jarzył się mocno z każdym pociągnięciem. Wilbur uznał, że to kolejny klient prostytutki czeka cierpliwie w kolejce, aż on skończy i wyjdzie, ale kiedy zapytał, czy w pokoju nie ma nowej świecy (stara się wypaliła, a musiał znaleźć swoje ubranie), odpowiedział mu głos młodej dziewczyny.
– Mnie mogłeś mieć taniej. – To było wszystko, co dziewczyna do niego powiedziała. Wilbur widział ją tylko o tyle, o ile pozwalał na to ognik cygara; ponieważ nie znaleźli świecy, dziewczyna oświetliła mu drogę do poszczególnych części garderoby, zaciągając się ile sił w płucach, co dawało na chwilę mocniejszy czerwony blask, a potem dużo dymu. Wilbur podziękował jej za pomoc i wyszedł.
Bardzo się zawstydził, kiedy nazajutrz rano, w pociągu do Bostonu, spotkał tę samą prostytutkę, z którą spędził noc. Za dnia okazała się gadatliwą paniusią. Z pudłem na kapelusze w dłoni wyglądała na bywalczynię domów mód. Grzeczność kazała Wilburowi ustąpić jej miejsca w zatłoczonym pociągu. Nie jechała sama; towarzyszyła jej młoda dziewczyna. „Moja córka”, przedstawiła ją prostytutka, szturchając dziewczę kciukiem. Zdumiewająco smrodliwy, cygarowy chuch dziewczyny przypomniał Wilburowi, że i ją zdążył już poznać. Nie mogła mieć nawet tyle lat co on.
Prostytutka nazywała się Eames. „Pani Eames? No to ryms”, wysilił się na kuplet Larch senior. Pani Eames zwierzyła się Wilburowi, że jest wdową i wiedzie przyzwoite życie w Bostonie, lecz właśnie aby móc wieść to przyzwoite życie, musi sprzedawać się od czasu do czasu gdzieś na prowincji. Błagała Wilbura, żeby jej nie psuł opinii w Bostonie. Wilbur nie tylko zapewnił panią Eames, że jej reputacja z jego strony nie dozna szwanku, ale jeszcze dopłacił jej z własnych pieniędzy do tego, co przed transakcją otrzymała od Larcha seniora. Wysokość tej ostatniej sumy poznał w jakiś czas później, w rozmowie z ojcem, który mu zdradził w zaufaniu, że pani Eames jest bardzo przyzwoitą obywatelką Portland, która dla podtrzymania tutejszej dobrej reputacji musi się od czasu do czasu sprzedać w Bostonie. Tylko przez wzgląd na wieloletnią znajomość z Larchem seniorem zgodziła się – „Jeden jedyny raz” – zniżyć do handlowania swymi usługami w rodzinnym mieście.
Ojciec Wilbura nie wiedział, że pani Eames ma córkę, która – jeśli wierzyć jej słowom – sprzedawała się taniej niż matka i za nic miała dobrą reputację, czy to w Bostonie, czy w Portland. Ponure to dziewczę nie odezwało się ani słowem na trasie Portland–Dworzec Północny w Bostonie; cygarowy chuch i pogardliwe spojrzenie mówiły za nią aż nadto wymownie. Wilbur nigdy nie przyznał się ojcu, że istnieją sprzeczne wersje co do tego, w którym mieście pani Eames cieszy się nienaganną reputacją, ani że trypra złapał właśnie od pani Eames, która mogła nawet nie wiedzieć, że zaraża.
W akademii medycznej Wilbur dowiedział się, że zarazki rzeżączki potrafią latami żyć w kobiecych jajowodach. Dopiero pojawienie się wrzodów na podbrzuszu uświadamia kobiecie, że jest chora. Inne, wcześniejsze symptomy – upławy itepe – mogą długo pozostać niezauważone. U Wilbura Larcha objawy dały się dostrzec natychmiast; infekcja bakteryjna, w czasach kiedy jeszcze nie znano penicyliny, dręczyła młodzieńca miesiącami – a gdy wreszcie ustąpiła, Wilbur mógł się poszczycić bogatą wiedzą bakteriologiczną. Choroba pozostawiła Wilburowi blizny na cewce moczowej i uszkodzenie prostaty, a ponadto upodobanie do eteru, którym usypiał się od czasu do czasu, chcąc uciec od piekącego bólu, dotkliwego zwłaszcza podczas oddawania moczu i w czasie normalnego snu. Owo przykre i bolesne poznanie rozkoszy łoża oraz pamięć o wyzutym z miłości związku rodziców przekonały przyszłego doktora Wilbura Larcha o tym, że abstynencja seksualna jest rzeczą chwalebną, z punktu widzenia zarówno medycyny, jak i filozofii.
W roku 188– Wilbur Larch otrzymał dyplom lekarza, a Neal Dow rozstał się z życiem. Nieutulona w żalu matka Wilbura Larcha wkrótce potem też podążyła do grobu, w ślad za swoim idolem walki z alkoholizmem. Nie minął tydzień, a Larch senior zlicytował co do sztuki wszystko, co znalazł w pokojach dla służby w willi nieboszczyka burmistrza, wsiadł w pociąg linii kolejowej Wielki Kufer i udał się do Montrealu – miasta, które nie mogło nawet równać się z Portland, jeśli idzie o walkę z alkoholizmem. Tam Larch senior ostro dał swojej wątrobie do wiwatu. Ciało wróciło do Portland tą samą linią kolejową Wielki Kufer, która nie tak dawno wywiozła mistrza tokarskiego w wielki świat. Wilbur Larch czekał na stacji; tym razem on odegrał rolę tragarza, za bagaż mając szczątki doczesne rodzica. Podczas pierwszej praktyki internistycznej młody doktor Larch zetknął się z półtrupami dogorywającymi na marskość wątroby, więc doskonale wiedział, jak pod koniec życia musiał wyglądać jego rodzony ojciec. Marskość zmienia wątrobę w ruinę blizn i zgrubień, twarz pacjenta zdradza typowe objawy żółtaczki, stolec twardnieje, mocz ciemnieje, krew nie chce krzepnąć. Doktor Larch szczerze wątpił, czy będąc w takim stanie, ojciec jego zwrócił uwagę na towarzyszącą wymienionym objawom impotencję.
Spuszczał na szkiełko mikroskopowe pojedynczą kroplę wydzieliny z penisa. Nawet w ponadtysiąckrotnym powiększeniu małe dranie, które co rano obserwował pod mikroskopem, nie sięgały rozmiarów mrówki faraona.
Po latach doktor Larch zanotował obserwację, że gonokoki wyglądają jak przygarbione postacie – jak zbyt potężni goście w igloo. („I gną się w pasie – pisał doktor – jakby się sobie ciągle nawzajem kłaniały”).
Student Larch badał pod mikroskopem kroplę własnej wydzieliny do chwili nadejścia doktora Ernsta, który rozpoczynał dzień pracy starannym obchodem laboratorium i powitaniem każdej eksperymentalnej kolonii bakteryjnej z osobna (witał je jak kolegów z drużyny baseballowej).
– Wiesz co, Larch? – zagadnął Larcha słynny bakteriolog któregoś ranka. – Ty tak patrzysz w ten mikroskop, jakbyś planował okrutną zemstę.
Doktor Ernst mylił się: wyraz twarzy Wilbura Larcha nie odzwierciedlał żądzy zemsty, tylko wysiłek, z jakim Larch wyłaniał się z eterowego otumanienia. Młody student medycyny Wilbur Larch odkrył bowiem, że delikatne opary o przyjemnym smaku bardzo skutecznie uśmierzają doskwierający mu ból. W okresie intensywnej walki z kłaniającymi się uprzejmie gonokokami Larch zdobył niemałą wprawę w zażywaniu eteru. Gdy wreszcie zwalczył bakterie, był zaawansowanym narkomanem. Stosował technikę kropelkową. Jedną dłonią przytrzymywał maskę, która mu szczelnie zasłaniała usta i nos (maskę wykonał sam; był to stożek ze sztywnego papieru, owinięty wieloma warstwami gazy), a za pomocą drugiej ręki zwilżał jej zewnętrzną powierzchnię. Używał dziesięciodekowych puszek eteru. W puszkę wkłuwał agrafkę; krople kapiące z pętli agrafki miały optymalną średnicę i padały na maskę w idealnie odmierzonych odstępach czasu.
Tę samą technikę stosował przy usypianiu eterem pacjentów, z tym że sobie aplikował o wiele mniejsze dawki. Przyjął taką zasadę, że gdy ręka trzymająca puszkę z agrafką zaczynała drżeć, odstawiał puszkę; kiedy zaś dłoń przytrzymująca maskę opadła bezwładnie – spadała na podłogę sama maska. Doktor Larch nie znał uczucia paniki, jakie przeżywa każdy pacjent usypiany eterem; nigdy nie doczekał momentu, w którym brakuje powietrza do oddychania. Zanim mogłoby do tego dojść, maska zawsze spadała z jego twarzy.
Jako młody pracownik południowej filii Bostońskiego Szpitala Położniczego doktor Wilbur Larch zaczynał od odbierania porodów w najuboższych dzielnicach miasta. Eterowy błogostan miał już wtedy stałe, niewielkie miejsce w jego umyśle. Doktor zawsze nosił przy sobie puszkę eteru i maseczkę z gazy, ale nie zawsze miał dość czasu na znieczulenie pacjentki. Nieraz bóle porodowe były już tak zaawansowane, że nie pokonałby ich nawet eter. Ale jeżeli czasu było dość, doktor Larch chętnie aplikował eter pacjentkom w połogu. Nie zgadzał się z opinią części starszych kolegów, jakoby podawanie eteru było pogwałceniem natury, która każe kobiecie rodzić w bólu.
Swojego pierwszego noworodka odebrał doktor Larch w rodzinie Litwinów, zamieszkującej lokal bez ciepłej wody na ostatnim piętrze kamienicy, do której brnęło się przez gnijące resztki owoców i warzyw i końskie kupy. W mieszkaniu nie było lodu do sporządzenia kompresu na podbrzusze rodzącej, żeby zapobiec krwotokowi poporodowemu. Na kuchni gotował się gar wody do sterylizacji narzędzi lekarskich, ale doktor Larch najchętniej wysterylizowałby całe mieszkanie. Męża ciężarnej posłał po lód. Zmierzył rozpiętość kości miednicy przyszłej matki. Ustalił położenie płodu. Słuchając bicia serca nienarodzonego, obserwował kota, który bawił się na kuchennej podłodze zdechłą myszą.
W mieszkaniu była jeszcze przyszła babka, która miała położnicy wiele do powiedzenia po litewsku, a z doktorem Larchem próbowała się porozumieć dziwną i nieczytelną pantomimą. Doktor doszedł do wniosku, że kandydatka na babkę nie dysponuje pełnią władz umysłowych. Trudno mu było, na przykład, odgadnąć, czy spore znamię, które miała na policzku, budzi jej zgrozę czy dumę – czy też może po prostu kobieta domaga się od doktora, żeby je usunął, przed albo po odebraniu noworodka – trudno dociec. Stara Litwinka demonstrowała znamię na różne sposoby; w pewnym momencie podstawiła pod nie łyżkę, jakby miało odpaść; a nieco później zakryła je pustą filiżanką i odsłoniła z triumfalnym uśmiechem magika. Za każdym razem była bardzo przejęta; prawdopodobnie nie pamiętała, że już kiedyś pokazywała znamię doktorowi Larchowi.
Kazał Litwinowi narąbać lodu – krzepki chłop przytargał na górę cały blok lodowy z pobliskiej chłodni; przyniósł go w wielkich szczypcach, wypożyczonych z tejże chłodni. Gdy teraz stanął pośrodku kuchni, z ogromnymi szczypcami na ramieniu, można się go było przestraszyć. Przed nim leżał blok lodu, który wystarczyłby na kompresy dla sporej gromady krwawiących pacjentek; przyłożenie tak wielkiej bryły lodu jednej niewieście skończyłoby się zapewne zmiażdżeniem kości miednicy. W tej chwili namydlone dziecko wyślizgnęło się babce z rąk i wpadło do zlewu, między zalane zimną wodą brudne naczynia. Równocześnie mąż po raz drugi nastąpił na kota.
Korzystając z chwili nieuwagi babki i męża, Larch uchwycił łożysko przez ścianę podbrzusza i ścisnął z całych sił. Położnica krzyknęła przeraźliwie i chwyciła go za ręce. Babka porzuciła noworodka w zlewie, skoczyła na Larcha od tyłu i ugryzła go w plecy. Mąż jedną ręką wyłowił dziecko ze zlewu, a drugą, w której dzierżył szczypce, zamachnął się na Larcha. W tym momencie szczęściarz Wilbur Larch poczuł, że łożysko się odkleiło. Z kamiennym spokojem zademonstrował je najbliższym krewnym położnicy, na których łożysko wywarło znacznie większe wrażenie niż dziecko. Doktor Larch umył nieszczęsne niemowlę, podał matce dawkę sporyszu, skłonił się i bez słowa opuścił mieszkanie. Ledwie zdążył zamknąć drzwi, stanął zdumiony, bo z wnętrza dobiegł go hałas i krzyki; babka, obłożona lodem położnica i jej małżonek wykrzykiwali jedno przez drugie po litewsku, a noworodek potężnym wrzaskiem przyłączył się do swojej pierwszej rodzinnej awantury. Można było odnieść wrażenie, że poród i związana z nim wizyta doktora Larcha stanowiły krótkie, niegodne wzmianki interludium w bełkotliwym dramacie życia litewskiej rodziny.
„U nas w St. Cloud’s – zanotował w dzienniku doktor Larch – zawsze ciepło się myśli o bostońskiej dzielnicy South End”. Doktorowi chodziło o to, że dzieciarnia przychodząca na świat w tamtej dzielnicy była dla położnika źródłem krzepiącej pewności, iż akt narodzin stanowił najbezpieczniejszy etap jej podróży przez życie. Larch szanował ponadto brutalne memento, jakim były dla niego prostytutki z South End. Każda kojarzyła mu się z bolesnym prezentem od pani Eames. Patrząc na prostytutkę, Wilbur Larch z miejsca widział jej bakterie pod mikroskopem. Z kolei widok bakterii ożywiał w nim tęsknotę za oszałamiającym ciepełkiem eteru – ach, zaciągnąć się chociaż raz, najmniejszą dawką (no: podwójną najmniejszą dawką). Doktor Larch nie pijał alkoholu i nie palił tytoniu. Tylko od czasu do czasu karmił podupadającego ducha skromną porcją eterowego optymizmu.
Wilbur Larch drzemał sobie spokojnie na nocnym dyżurze w południowej filii Bostońskiego Szpitala Położniczego, kiedy kolega lekarz kazał mu zejść do izby przyjęć, mówiąc, że teraz jego kolej. Pacjentka była o wiele chudsza i mniej ponętna niż wtedy, kiedy ją ostatni raz widział, ale i tak Wilbur Larch rozpoznał w niej panią Eames. Ze strachu i bólu ledwo mogła oddychać – a co dopiero wymówić wyraźnie własne nazwisko, żeby pielęgniarka w izbie przyjęć mogła je zapisać.
– Rymuje się z „ryms” – podpowiedział usłużnie doktor Larch.
Nawet jeśli pani Eames od razu go poznała, nie dała nic po sobie poznać. Miała znacznie obniżoną ciepłotę ciała, a brzuch tak napięty i twardy, że pobielał jak knykcie zaciśniętej pięści. Larch nie stwierdził oznak akcji porodowej ani bicia serca płodu, którego rysy wyobrażał sobie jako kopię twarzy ponurej nastoletniej córki pani Eames. Ileż ona może dzisiaj mieć lat? – pomyślał i zanim skupił się całkowicie na pani Eames, zdążył sobie przypomnieć, że dziewczę było mniej więcej w jego wieku. Stwierdził krwotok wewnętrzny. Do operacji przystąpił, gdy tylko odpowiedzialny za transfuzję pracownik szpitala ściągnął dawców z odpowiednią grupą krwi.
– Pani Eames? – zagadnął cichutko, chcąc nawiązać kontakt z pacjentką.
– Jak tam twój ojciec, Wilbur? – spytała znienacka w chwili, gdy doktor przystępował do operacji.
Miała pełno krwi w brzuchu. Larch odsączył, ile mógł, szukając źródła krwotoku; było nim kilkunastocentymetrowe pęknięcie tylnej ścianki macicy. Larch wykonał cesarskie cięcie i wydobył na świat martwy płód, ze ściągniętą nieprzyjemnym grymasem twarzyczką, kubek w kubek podobną do fizjonomii starszej siostry – namiętnej palaczki cygar. Larch ciekaw był, dlaczego pani Eames nikt nie towarzyszy.
Młody doktor Larch w pełni panował nad sytuacją. Mimo iż dokuczało mu wspomnienie wspólnych przeżyć z operowaną damą – a także przejętej od niej choroby, której dopiero niedawno się pozbył – działał w przekonaniu, że ma do czynienia z przypadkiem ciężkim, ale nie beznadziejnym. Gdy jednak przyszło do zszywania pacjentki, musiał zmienić zdanie: nić chirurgiczna szatkowała na frędzle tkankę o konsystencji topionego sera. Doktor Larch nie miał innego wyjścia, jak amputować macicę. Ze zdziwieniem stwierdził, że pani Eames całkiem dobrze zniosła kilkakrotną transfuzję.
Rankiem poprosił o konsultację starszego chirurga. W Bostońskim Szpitalu Położniczym każdy lekarz położnik musiał mieć wykształcenie chirurgiczne; Larch odbywał praktykę chirurgiczną w szpitalu Mass General. Starszy chirurg nie mniej od Larcha zdumiał się wyglądem macicy pani Eames, gdyż organ znajdował się praktycznie w stanie rozkładu. Tajemnicza była też przyczyna ruptury, z którą pani Eames przyjechała do szpitala. W miejscu pęknięcia nie stwierdzono ani starej blizny po cesarskim cięciu, która mogła się była rozstąpić, ani oznak nadwerężenia przez łożysko, które tkwiło po przeciwnej stronie worka macicy. Nie stwierdzono także obecności guza.
Przez czterdzieści osiem godzin po operacji pani Eames czuła się doskonale. Szczerze współczuła Wilburowi z powodu śmierci rodziców („Twojej mamusi, niestety, nie miałam przyjemności poznać” – żałowała) i jeszcze raz zobowiązała Wilbura do dbałości o całość jej reputacji (Wilbur potwierdził dawne przyrzeczenie i rzeczywiście go dotrzymał, nie dzieląc się ze starszym chirurgiem podejrzeniem o związek stanu pacjentki z długofalowymi skutkami rzeżączki). Ciekawe – pomyślał przelotnie – z której wersji bajeczki o nienagannej reputacji korzysta ostatnio pani Eames; portlandzkiej czy bostońskiej? A może legenda rozrosła się o trzecie miasto i trzeci fikcyjny żywot?
Na trzeci dzień po amputacji kuriozalnej macicy pani Eames znów dostała krwotoku. Doktor Larch, pełen najgorszych przeczuć, otworzył ponownie jamę brzuszną. W pierwszej chwili poczuł ulgę, bo krwi było mniej, niż się spodziewał, ale kiedy odsączał krew tamponem, przebił jelito, przypadkowo (i wcale nie mocno) dźgnąwszy je palcem, a gdy uniósł zwój jelita, chcąc się bliżej przypatrzyć uszkodzeniu – organ rozpłynął mu się w palcach jak galareta. Jeżeli wszystkie organy pani Eames wyglądały podobnie, dama nie miała przed sobą długiego życia.
Żyła jeszcze trzy dni. W noc jej śmierci doktor Larch miał koszmarny sen: śniło mu się, że penis mu odpadł; doktor próbował przyszyć go na miejsce, ale nieszczęsny organ rozszedł mu się w palcach, a potem także i palce poodpadały od dłoni. Typowy sen chirurga! – stwierdził doktor, gdy się obudził: palce ceni się w tym fachu wyżej niż penisy. Typowa filozofia Wilbura Larcha.
Incydent ten umocnił doktora w abstynencji seksualnej. Przez pewien czas Larch doszukiwał się w sobie z niepokojem symptomów tego, co uśmierciło panią Eames. Sekcja jej zwłok – dokonana, notabene, przez wybitnego patologa – przyniosła dość niespodziewane orzeczenie:
– Szkorbut – stwierdził słynny patolog.
Niech żyje patologia – pomyślał ironicznie Wilbur Larch. Szkorbut! Też coś!
– Pani Eames była prostytutką, a nie marynarzem – poinformował, z całym szacunkiem dla autorytetu, kolegę patologa.
Ale patolog nie zmienił orzeczenia. Jego zdaniem, zgon nie miał nic wspólnego ani z tryprem, ani z ciążą pacjentki. Pani Eames zmarła na marynarską chorobę: jej organizm nie zawierał ani śladu witaminy C, w związku z czym „nastąpiło uszkodzenie tkanki łącznej i związana z nim skłonność do krwotoków”. Szkorbut. Koniec i kropka.
Sprawa nie przestała być zagadką, ale przestała być zagadką weneryczną i Wilbur Larch mógł całą jedną noc przespać spokojnie – zanim go odwiedziła córka pani Eames.
– Znowu moja kolej? Niemożliwe – wybełkotał doktor w półśnie do budzącego go kolegi.
– Ona twierdzi, że jesteś jej lekarzem – odparł kolega.
Wilbur Larch nie poznał córki pani Eames, która swego czasu sprzedawała się taniej niż matka, ale teraz na pewno nie. Gdy ją widział ostatnio w pociągu, wydawała mu się o dobre parę lat młodsza niż on sam; teraz wyglądała o parę lat od niego starzej. Ze zbuntowanej nastolatki wyrosła wulgarna kokota – przesadnie umalowana, obwieszona tandetną biżuterią i zlana perfumami, w brudnej, pretensjonalnej sukience. Włosy, splecione w ciasny, gruby kok i ozdobione wpiętym na sztorc mewim piórem, były tak mocno ściągnięte do tyłu, że żyły na skroniach i ścięgna na szyi wystąpiły na wierzch jak powrozy. Wyglądała, jakby brutalny kochanek zgiął ją wpół przez plecy i w tej pozycji przytrzymywał z całej siły za dorodny, czarny kok.
Na powitanie wręczyła Wilburowi Larchowi butelkę z brunatnym płynem, cuchnącym na odległość, ponieważ korek nie był szczelny. Napis na etykiecie był zalany i całkowicie nieczytelny.
– To ją załatwiło – powiedziała krótko dziewczyna. – Ja tego świństwa nie ruszam. Są inne sposoby.
– Czy mam przyjemność z panną Eames? – upewnił się Larch, dyskretnie pociągając nosem, bo starał się wyczuć tak dobrze zapamiętany cygarowy chuch.
– Mówię przecież: są inne sposoby! – zirytowała się wyraźnie panna Eames. – U mnie jeszcze nie jest tak późno jak u niej, jeszcze nie kopie.
Najlepszy dowód, że płyn z butelki, którą Wilbur Larch dzierżył w dłoni, nie zdołał zmusić płodu pani Eames do odczepienia się od matki – chociaż okazał się wystarczająco silny, aby płód uśmiercić, a z wnętrza matki zrobić grząskie bagno.
– To pewnie czysta trucizna – wyraziła przypuszczenie córka pani Eames, twarda sztuka, gdy Wilbur Larch, poświęcając kroplę ukochanego eteru, oczyścił etykietkę na butelce i z trudem odczytał:
FRANCUSKI ROZTWÓR KSIĘŻYCOWY
Przywraca Regularność Miesięczną u Kobiet!
Likwiduje Ucisk!
(Młody doktor Larch domyślił się, że „ucisk” to eufemizm, zastępujący słowo „ciąża”).
Uwaga: Niewskazany dla Mężatek!
Prawie Zawsze Powoduje Poronienie!
– ostrzegał napis na dole nalepki. Właśnie to ostrzeżenie skłoniło panią Eames do wielokrotnego zażycia specyfiku.
Larch uczył się o skutkach nadużycia abortycydów w akademii medycznej. Jedne – na przykład sporysz, który doktor Larch podawał położnicom, aby przyspieszyć kurczenie się macicy po porodzie, a także wyciąg z gruczołów śluzowych – atakowały bezpośrednio macicę. Inne były po prostu drastycznymi środkami przeczyszczającymi i rujnowały przewód pokarmowy pacjentki. W prosektorium akademii medycznej Larch widział z bliska dwie ofiary dość popularnego, domowego środka na przerwanie ciąży – terpentyny. Poza tym kobiety, które nie chciały rodzić dzieci w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, zabijały płód, i przy okazji siebie, strychniną i olejkiem z ruty. Francuski Roztwór Księżycowy był olejem z wrotyczu: pani Eames zażywała go tak długo, i w tak znacznych dawkach, że jej przewód pokarmowy zatracił zdolność absorbowania witaminy C. W ten sposób pani Eames zmieniła swoje wnętrze w miękki ser. Zmarła – jak słusznie stwierdził renomowany patolog – na szkorbut.
Pani Eames mogła wybrać jedną z wielu innych metod praktykowanych w celu pozbycia się ciąży. Krążyły plotki, że cieszący się jak najgorszą sławą specjalista od pokątnych aborcji w South Endzie jest zarazem najbardziej wziętym alfonsem w tej dzielnicy. Ponieważ za aborcję liczył sobie prawie pięćset dolarów, ubogie kobiety, dla których była to suma niewyobrażalna, zostawały jego prostytutkami. Działał w lokalu zwanym – jak i inne miejscowe lokale, w których potajemnie uprawiano aborcję – „za rogiem Harrisona”. Dziwna nazwa wzięła się stąd, że jedna z klinik południowej filii Bostońskiego Szpitala Położniczego mieściła się na ulicy Harrisona – więc dla każdego było oczywiste, że „za rogiem Harrisona” oznacza przedsięwzięcie nieoficjalne, żeby nie powiedzieć: nielegalne.
Pani Eames musiała mieć swoje powody, żeby nie decydować się na aborcję „za rogiem Harrisona”. Metody tam stosowane znała zapewne także i jej córka, skoro postanowiła dać doktorowi Larchowi szansę wykonania zabiegu – a sobie szansę przeżycia go bez szwanku.
– Mówiłam, że nie kopie – przypomniała młodemu doktorowi panna Eames. – Nie będę się drzeć. Zaraz potem sobie pójdę.
Było po północy. Ordynator południowej filii szpitala spał, podobnie jak akuszerka i anestezjolog. Kolega, który obudził Larcha, też poszedł spać.
Rozszerzenie szyjki macicy w każdym stadium ciąży wywołuje jej skurcze i wydalenie zawartości. Larch wiedział również, że dowolne podrażnienie macicy wywołać powinno pożądany efekt skurczy i wydalenia płodu. Młody doktor Wilbur Larch przyjrzał się pilnie córce pani Eames i nogi się pod nim ugięły – jakby nigdy nie przestał jechać na stojąco pociągiem z Portland, z jedną ręką na oparciu siedzenia zajętego przez panią Eames, wtedy, kiedy jeszcze nie wiedział, że ma trypra.
– Więc pani chce się poddać aborcji – powiedział cicho, po raz pierwszy wymawiając to słowo.
Córka pani Eames wyjęła w odpowiedzi ptasie pióro z koka i dźgnęła nim Larcha w pierś, mówiąc brutalnie:
– Albo się zesraj, albo złaź z nocnika.
Przy słowach „zesraj” i „nocnika” Larcha owionął kwaśny, cygarowy odór.
Ale Wilbur Larch był na to wszystko za młody: niepokoiła go masa pytań i wątpliwości. Myślał, że będzie musiał dać pannie Eames czas na otrząśnięcie się ze skutków eteru. Co w takim razie powie kolegom albo pielęgniarce, gdyby się, nie daj Boże, obudziła? A gdyby zaszła konieczność (powiedzmy, silny krwotok) zatrzymania dziewczyny do rana – to jak się wytłumaczy przed ordynatorem? Poczuł silne ukłucie w klatce piersiowej – to córka pani Eames dźgnęła go znowu bezlitośnie mewim piórem.
– Nie kopie! Mówię przecież, że nie kopie! – piekliła się i raz po raz atakowała Larcha ptasim piórem, aż się w końcu złamało; zostawiła je wczepione smętnie w koszulę doktora. Sama zaś odwróciła się na pięcie do wyjścia – ciężki kok musnął w przelocie twarz doktora Larcha i pozostawił mu w nozdrzach woń stęchłego dymu. Po jej odejściu Larch zdjął z koszuli na piersi złamane pióro, a przy okazji zauważył, że olej z wrotyczu – Francuski Roztwór Księżycowy – poplamił mu ręce. Zapach nie był niemiły, tylko bardzo intensywny: na moment przesłonił ukochaną woń Larcha – woń eteru – i pozostawił po sobie trwały niepokój.
„Za rogiem Harrisona” nie stosowano eteru. „Za rogiem Harrisona” nikt się nie patyczkował z bólem. Na ból „za rogiem Harrisona” mieli głośną muzykę: zespół pod nazwą Chór Niemiecki pilnie ćwiczył swoje „Lieder” w pokojach od frontu. Śpiewali z serca, na całe gardło. Nie wiadomo, czy koncert spodobał się pannie Eames, bo nie wspomniała o nim, kiedy w tydzień później trafiła na ostry dyżur do południowej filii Bostońskiego Szpitala Położniczego. Nikt nie umiał powiedzieć, jak się tam dostała: wyglądała, jakby ją podrzucono pod drzwi. Na twarzy i szyi nosiła wyraźne ślady pobicia – możliwe, że oberwała za nieuiszczenie rachunku za aborcję. Miała wysoką gorączkę: jej obrzękła twarz pałała jak bochen chleba świeżo wyjęty z pieca. Na podstawie temperatury i twardości brzucha ordynator i pielęgniarka z nocnego dyżuru przyjęli pacjentkę z podejrzeniem zapalenia otrzewnej. Wilbura obudzili dlatego, że córka pani Eames miała przypięty na ramieniu świstek z tekstem:
DOKTOR LARCH
SRAJ ALBO ZŁAŹ Z NOCNIKA!
Do drugiego ramienia – niczym epolet nie od pary, przez który cała sukienka leżała krzywo – przypięte były damskie majtki. Były to jedyne majtki panny Eames. Na sobie – co niebawem stwierdzono – nie miała żadnych. Widać było, że ktoś przypiął jej te majtki do ramienia w wielkim pośpiechu; tylko dzięki temu nie zginęły po drodze. Wilbur Larch zaraz, bez szczegółowych badań, poznał, że ma do czynienia z nieudaną próbą usunięcia ciąży. Płód bez wyczuwalnego tętna uwiązł w macicy, zastygłej w spazmatycznym skurczu. Wylew wewnętrzny i infekcja mogły być skutkami rozmaitych metod stosowanych „za rogiem Harrisona”.
Działała tam, na przykład, szkoła wyznawców metody wodnej, z użyciem irygatora i strzykawki – niestety, żadnego z tych przyrządów nie sterylizowano, a strzykawka służyła do wielu różnych celów. Inna szkoła posługiwała się prymitywną ssawką – zwykłym stożkiem próżniowym, z którego odsysano powietrze za pomocą pompki nożnej; narzędzie skutecznie usuwało płód, ale powodowało przy tym silne wybroczyny, niszcząc znaczne obszary tkanki miękkiej. Malutka wizytówka na drzwiach „za rogiem Harrisona” głosiła: PRZYWRACANIE MENSTRUACJI METODĄ ELEKTRYCZNĄ – przy użyciu baterii galwanicznej McIntosha. Do baterii podłączało się długie przewody z końcówkami dopochwowymi i domacicznymi na uchwytach w gumowych osłonkach, dzięki czemu osoba wykonująca zabieg nie odczuwała wstrząsów elektrycznych.
W chwili śmierci, zanim doktor Larch zdążył przystąpić do operacji, albo chociaż wysłuchać ostatnich słów umierającej (tym sposobem jej ostatnie słowa, przypięte do sukienki na ramieniu, brzmiały: „Sraj albo złaź z nocnika”) – temperatura pacjentki wynosiła blisko 50°C. Ordynator czuł się w obowiązku zapytać Larcha, czy zna nieboszczkę. Kartka na jej ramieniu dość dosadnie sugerowała odpowiedź.
– Miała do mnie żal o odmowę wykonania zabiegu aborcji – wyjaśnił Wilbur Larch.
– Gratuluję panu! – wyciągnął rękę ordynator.
Ale Wilbur Larch nie widział powodu do gratulacji. Stwierdził rozległe zapalenie błon i narządów jamy brzusznej, dwukrotną perforację macicy i obecność martwego płodu, o którym panna Eames mówiła prawdę: nie kopał.
Nazajutrz rano doktor Larch odwiedził gabinet „za rogiem Harrisona”. Musiał naocznie stwierdzić, co odbywa się tam, gdzie odchodzą ciężarne kobiety, odprawione z kwitkiem przez lekarzy. Towarzyszyło mu jak duch ostatnie cygarowe tchnienie panny Eames, które poczuł, gdy pochylił się nad umierającą – a to z kolei przypomniało mu dawne, nocne poszukiwanie garderoby w obcym pokoju, w kłębach dymu, przy ogniku cygara. Jeżeli grzechem jest wywyższać się nad innych – pomyślał doktor Larch – to wywyższać się ze względów moralnych jest grzechem najcięższym. Spał z matką, a potem ubierał się w blasku cygara jej córki. Mógł bez większego trudu zrezygnować na resztę życia z miłości zmysłowej – ale czy mógł kogokolwiek potępiać za uprawianie takiej miłości?
Dostępne w wersji pełnej