Niedźwiedź zwany Stanem Maine

Tego lata, kiedy ojciec kupił niedźwiedzia, nikogo z nas nie było jeszcze na świecie; nie zostaliśmy nawet poczęci: ani Frank, najstarszy; ani Franny, najbardziej hałaśliwa; ani ja, następny z kolei; ani dwoje najmłodszych, Lilly i Jajo. Nasi rodzice wychowali się co prawda w tym samym miasteczku i znali się od małego, ale ich „pożycie”, jak je zawsze określał Frank, pozostawało kwestią przyszłości, kiedy ojciec kupował niedźwiedzia.

– Pożycie, Frank? – drwiąco pytała Franny; Frank był wprawdzie najstarszy, ale wydawał się od niej młodszy; zawsze traktowała go jak niemowlaka. – Lepiej powiedz, że się wtedy jeszcze nie rypali.

– Ich związek nie był jeszcze wtedy skonsumowany – oświadczyła przy jednej z takich okazji Lilly; chociaż najmłodsza (nie licząc Jaja), ku wiecznej irytacji Franny zachowywała się wobec nas wszystkich jak najstarsza siostra.

– Skonsumowany? – zapytała Franny. Nie pamiętam, ile miała wtedy lat, ale Jajo był na pewno za mały, żeby słuchać rozmów w tym stylu. – Chodzi po prostu o to, że mama i tata odkryli seks dopiero po tym, jak nasz stary kupił niedźwiedzia. Właśnie niedźwiedź podsunął im ten pomysł, bo był przecież taki wielki i jurny. Ciągle chędożył drzewa, bawił się własnym ptaszkiem i próbował gwałcić psy.

– Tylko czasem któregoś zmasakrował – z obrzydzeniem rzekł Frank – ale gwałcić nie gwałcił.

– Ale próbował – upierała się Franny. – Znasz przecież tę historię.

– Taty historię – powiedziała Lilly z nieco innym obrzydzeniem niż Frank, bo w nim odrazę budziła Franny, a Lilly brzydziła się tatą.

Do mnie więc, czyli do średniego, a zarazem najmniej przemądrzałego dziecka należy uporządkowanie kronik – o tyle, o ile to w ogóle wykonalne. Ulubioną opowieścią naszej rodziny były dzieje romansu ojca i matki: historia o tym, jak ojciec kupił niedźwiedzia i jak nasi rodzice pokochawszy się spłodzili Franka, Franny i mnie, jedno za drugim („Ryp, ryp, ryp”, powiedziałaby Franny), nim po krótkiej przerwie przyszli na świat Lilly i Jajo („Korek i Bąbelki”, jak mawia Franny). W dzieciństwie opowiadano nam historię – my zaś opowiadaliśmy ją sobie nawzajem, dorastając – głównie z lat, o których nic wiedzieć nie mogliśmy, a teraz widzimy je tylko poprzez rozliczne wersje, jakie przedstawili nam rodzice. Samych rodziców widzę w tej zamierzchłej przeszłości wyraźniej niż w czasach, które naprawdę pamiętam, bo kiedy i ja byłem już na świecie, żyło nam się różnie – raz pod górkę, raz z górki – toteż i moje sądy o tej epoce są mocno zygzakowate. W sprawie słynnego niedźwiedziego lata i czaru zalecanek moich rodziców stać mnie na bardziej ugruntowaną ocenę.

Za każdym razem, kiedy ojciec potknął się w opowiadaniu – kiedy się rozminął z wcześniejszą wersją albo opuścił któryś z naszych ulubionych epizodów – wrzeszczeliśmy na niego jak rozwścieczone ptaszyska.

– Kłamiesz, a jeżeli nie, to znaczy, że kłamałeś poprzednim razem – stwierdzała Franny, jak zwykle najsurowsza z nas wszystkich. On jednak niewinnie kręcił głową.

– Naprawdę nie rozumiecie? – dziwił się. – Po prostu dokładniej sobie tę całą historię wyobrażacie, niż ja ją pamiętam.

– Idź po mamę – komenderowała Franny, spychając mnie z kanapy. Kiedy indziej Frank zdejmował Lilly z kolan i szeptał jej na ucho:

– Idź po mamę.

W ten sposób wzywaliśmy matkę, żeby poświadczyła prawdziwość opowieści, którą ojciec – jak podejrzewaliśmy – zmyślał.

– Chyba że specjalnie opuszczasz najbardziej soczyste kawałki – mówiła Franny. – Bo ci się wydaje, że Lilly i Jajo są jeszcze za mali i nie mogą słuchać o tym całym pieprzeniu się na prawo i lewo.

– Nikt się wtedy nie pieprzył na prawo i lewo – odpowiadała matka. – Nie było takiej swobody i niewierności, jak dziś. Jeżeli dziewczyna poszła z kimś na noc albo wyjechała na weekend, nawet rówieśnicy mieli ją za dziwkę, a może i coś gorszego. „Takie jak ona trzymają się razem”, mawialiśmy. Albo: „Woda zawsze dąży do zrównania poziomów”.

W takich chwilach Franny – obojętne, czy miała osiem, dziesięć, piętnaście, czy dwadzieścia pięć lat – przewracała oczami i dawała mi kuksańca albo mnie łaskotała, a jeśli ja też ją połaskotałem, zaczynała się drzeć:

– Zboczeniec! Maca rodzoną siostrę!

Natomiast Frank – obojętne, czy miał dziewięć, jedenaście, dwadzieścia jeden, czy czterdzieści jeden lat – brzydził się rozmów o seksie i wygłupów w stylu Franny, więc szybko mówił do ojca:

– Nieważne. Jak to było z motocyklem?

– Nie, mów dalej o seksie – prosiła matkę Lilly bez śladu rozbawienia w głosie. Franny wtykała mi język w ucho albo przykładała usta do szyi i wydawała pierdliwy dźwięk.

– No cóż – mówiła matka. – Myśmy w mieszanym towarzystwie nie rozprawiali o seksie. Owszem, były pocałunki, były pieszczoty, czasem ostrożne, a czasem ostre. Zwykle robiło się takie rzeczy w autach. Zawsze trafiło się jakieś ustronne miejsce do parkowania. Oczywiście piaszczyste drogi zdarzały się dużo częściej niż dziś, było mniej ludzi, mniej samochodów, a te nowoczesne małe autka też jeszcze nie zdążyły się pojawić.

– Czyli mieliście gdzie się wyciągnąć – wtrącała Franny.

Matka spoglądała na nią marszcząc brwi i dalej opowiadała własny wariant historii z dawnych czasów. Owszem, trzymała się prawdy, ale za to przynudzała; nie miała szans dorównać ojcu w gawędziarstwie, toteż zawsze w końcu żałowaliśmy, żeśmy ją wezwali, chcąc sprawdzić kolejną wersję.

– Lepiej niech stary sam opowiada – mówiła Franny.

– Bo mama to jest taka poważna – dodawał Frank, marszcząc się.

– Frank, idź się pobaw własnym ptaszkiem – radziła Franny. – Od razu się lepiej poczujesz.

Ale Frank tylko jeszcze bardziej się marszczył. Po chwili mówił:

– Gdybyście zaraz na początku spytali tatę o motocykl, o jakiś konkret, lepiej by opowiadał, niż kiedy go zahaczacie o same ogólniki: ciuchy, zwyczaje seksualne i tak dalej.

– Frank, lepiej ty nam powiedz, co to jest seks – proponowała Franny, ale wtedy ojciec ratował nas z opresji, mówiąc tym swoim rozmarzonym tonem:

– Jedno wam powiem: w dzisiejszych czasach nie mogłoby się to stać. Pewnie wam się zdaje, że macie większą swobodę, ale prawo też jest bardziej rozbudowane. Taki niedźwiedź byłby dziś nie do pomyślenia. Byłby zakazany.

W tym momencie milkliśmy. Nagle ustawały swary. Kiedy ojciec mówił, nawet Frank i Franny przestawali się żreć, choćby siedzieli tuż obok siebie, choćby się dotykali; ja też mogłem siedzieć całkiem blisko Franny, czuć na policzku muśnięcia jej włosów, opierać się nogą o jej nogę, ale póki ojciec mówił, nawet nie pomyślałem o niej; Lilly zamierała bez ruchu (jak tylko ona potrafiła) na kolanach Franka. Jajo – przeważnie za mały, żeby słuchać, a co dopiero rozumieć – był dzieckiem tak cichutkim, że nawet u Franny na kolanach leżał spokojnie. Kiedy ja go brałem na kolana, za każdym razem zasypiał.

– Był to czarny niedźwiedź – mówił ojciec. – Ważył dwieście kilo i miał trochę zgryźliwe usposobienie.

– Ursus americanus – szeptem wtrącał Frank. – Nieobliczalny.

– Owszem – przytakiwał ojciec – ale raczej dobroduszny. Przeważnie.

– Za bardzo już się postarzał, żeby dalej być niedźwiedziem – oświadczała Franny nabożnym tonem.

Właśnie od tej kwestii ojciec zwykle zaczynał; od niej też zaczął, kiedy pierwszy raz za mojej pamięci opowiadał tę historię:

– Za bardzo już się postarzał, żeby dalej być niedźwiedziem.

Wysłuchałem tej wersji siedząc u matki na kolanach; pamiętam, że czułem się, jakbym raz na zawsze zastygł w tym, a nie innym czasie i miejscu: na matczynym łonie; obok mnie Franny na kolanach u ojca, Frank osobno, siedzi po turecku na wyświechtanym dywanie we wschodni deseń, wyprostowany, a u boku ma pierwszego w naszej rodzinie psa; pies wabi się Smutek i straszliwie pierdzi, za co pewnego dnia zostanie uśpiony.

– Za bardzo już się postarzał, żeby dalej być niedźwiedziem – zaczął ojciec. Gdy patrzyłem na Smutka – głupawego, kochającego labradora – pies urósł w moich oczach do rozmiarów niedźwiedzia, a potem się postarzał, osunął się u boku Franka, cuchnący i zmierzwiony, nim znów stał się po prostu psem (choć co prawda Smutek nigdy nie miał być „po prostu psem”).

Nie pamiętam, żeby za pierwszym razem siedzieli z nami Lilly i Jajo; byli widać tacy mali, że jeszcze nie brali w tym udziału – przynajmniej świadomie.

– Za bardzo już się postarzał, żeby dalej być niedźwiedziem – mówił ojciec. – Był na ostatnich nogach.

– Ale innych nóg nie miał! – odpowiadaliśmy chórem. Frank, Franny i ja wykuliśmy na pamięć ten rytualny odzew; z czasem dołączyła do nas Lilly, a w końcu nawet Jajo, kiedy oboje poznali fabułkę w tę i z powrotem.

– Niedźwiedź już nie lubił się popisywać przed publicznością – ciągnął ojciec. – Wykonywał tylko niezbędne ruchy, jak automat. Oprócz motocykla nie kochał żadnego człowieka, zwierzęcia ani przedmiotu na świecie. Właśnie dlatego razem z niedźwiedziem musiałem kupić i motocykl. Z tego samego powodu względnie łatwo rozstał się z treserem i poszedł za mną, bo motor znaczył dla niego więcej niż jakikolwiek treser.

W późniejszych czasach Frank szturchał w tym momencie Lilly, która nauczona była pytać:

– A jak miał niedźwiedź na imię?

Frank, Franny, ojciec i ja krzyczeliśmy chórem:

– Stan Maine!

Nasz głupi niedźwiedź rzeczywiście wabił się Stan Maine, a ojciec kupił go latem trzydziestego dziewiątego roku (wraz z motocyklem firmy Indian wyposażonym w przyczepę, którą poprzedni właściciel sam zmajstrował) za dwieście dolarów i najlepsze ubranie, jakie miał w wakacyjnym kuferku.

Ojciec i matka mieli wtedy po dziewiętnaście lat; urodzili się w dwudziestym roku i wychowali w Dairy w stanie New Hampshire. Przez całe dzieciństwo i wczesną młodość raczej się unikali. Logiczny zbieg okoliczności – jeden z tych, które bywają podstawą wielu dobrych scenariuszy – sprawił, że ku obopólnemu zaskoczeniu spotkali się w pensjonacie zwanym „Aburthnot-Na-Przymorzu”; mieli w nim pracować przez całe lato – z dala od domu, jak im się wydawało, bo (w tamtych czasach i w ich pojęciu) z Maine do New Hampshire był kawał drogi.

Matka została pokojówką, ale wieczorami przebierała się we własną sukienkę i usługiwała przy kolacji; pomagała też podawać napoje pod namiotami na trawniku (odbywały się tam koktajle, na które przychodzono po tenisie, krokiecie czy golfie albo po wyścigach jachtów na morzu). Ojciec pracował jako kuchcik, dźwigał bagaże, ręcznie pełł pola golfowe, dbał, żeby białe linie autowe wokół kortów tenisowych były świeże i równe, a ludziom, którzy niepewnie trzymali się na nogach i w ogóle nie mieli prawa się znaleźć na jachcie, pomagał wejść na pokład lub wrócić zeń na keję tak, aby w miarę możności nie zrobili sobie krzywdy ani się nie zamoczyli.

Rodzice naszych rodziców pochwalali ten rodzaj pracy na lato, ale matkę i ojca upokorzyło to, że się tam na siebie natknęli. Bądź co bądź po raz pierwszy w życiu wyjechali latem z Dairy w New Hampshire i mieli nadzieję, że w szykownej miejscowości wypoczynkowej oni także – nikomu nie znani – zdołają roztoczyć wokół siebie pewien urok. Ojciec skończył tej wiosny prywatną szkołę dla chłopców, znaną jako Szkoła Dairy; dostał się do Harwardu i mógł od jesieni zacząć studia, wiedział jednak, że pojedzie tam dopiero w roku czterdziestym pierwszym, bo postanowił sam zarobić na czesne; ale latem trzydziestego dziewiątego roku w pensjonacie byłby wolał dać do zrozumienia gościom i reszcie służby, że prosto stamtąd wybiera się na uczelnię. Obecność matki, znającej jego sytuację, zmusiła go do wyznania prawdy: mógł zacząć studia, zarobiwszy potrzebną na ten cel sumę. Oczywiście to, że czeka na niego miejsce na Harwardzie, samo w sobie było już sporym osiągnięciem, które zdumiało większość mieszkańców Dairy w stanie New Hampshire.

Mój tata – Winslow Berry, syn trenera drużyny piłkarskiej ze Szkoły Dairy – nie całkiem spełniał wymagania stawiane dzieciom pedagogów: był przecież jedynym synem etatowego szkolnego osiłka. Jego ojciec, tak zwany Trener Bob, nigdy nie studiował na Harwardzie. Mało tego: panowało powszechne przekonanie, że nie zdoła wychować odpowiedniego kandydata dla tej uczelni.

Robert Berry przybył na wschód ze stanu Iowa, kiedy żona umarła mu przy porodzie. Na to, żeby wejść w rolę samotnego ojca, wychowującego swoje pierwsze dziecko, był trochę za stary: miał trzydzieści dwa lata. Przyjechał do Dairy szukając szkoły, w której jego synek mógłby zdobyć wykształcenie; w zamian gotów był się sprzedać, żeby odtąd przez wiele lat uczyć gimnastyki w najlepszej szkole średniej, jaka obieca przyjąć chłopca, gdy ten osiągnie stosowny wiek. Szkołę Dairy trudno było nazwać bastionem wykształcenia na poziomie licealnym.

Swego czasu śniła być może o randze równej Exeterowi czy Andoverowi, ale w początkach dwudziestego wieku pogodziła się z tym, że przyszłość jej oparta będzie na kompromisie. Położona niedaleko Bostonu, wpuszczała w swe mury kilkuset chłopców odrzuconych przez tamte dwie szkoły i jeszcze setkę takich, którzy w ogóle nigdzie nie powinni byli się dostać. Program nauczania przyjęła standardowy, a zarazem mądry, ale stawiający i tak wyższe wymagania niż większość ciała pedagogicznego, nauczyciele jej bowiem też zostali przeważnie wcześniej odrzuceni przez inne tego rodzaju instytucje. Choć plasowała się wśród drugorzędnych szkół średnich Nowej Anglii, była znacznie lepsza niż okoliczne szkoły państwowe, a już zwłaszcza górowała nad jedyną konkurentką w samym mieście Dairy.

Właśnie tego typu szkoły bywają skłonne pójść na układ – chociażby taki jak ten, który zawarto z Trenerem Bobem, angażując go w zamian za marną pensyjkę oraz obietnicę, że jego syn Winslow będzie mógł się uczyć w Szkole Dairy (i to za darmo), kiedy dostatecznie podrośnie. Żadna z układających się stron – ani Trener Bob, ani dyrekcja szkoły – nie przewidziała jednak, jak zdolnym uczniem okaże się mój ojciec. Win Berry zdał do Harwardu wśród najlepszych, lecz nie zabłysnął aż tak, żeby dostać stypendium. Gdyby skończył lepszą szkołę, zdołałby się zapewne wystarać o jakieś stypendium dla studentów filologii klasycznej; czuł, że ma talent do języków, i początkowo zamierzał wybrać rusycystykę.

Mama jako dziewczyna nie mogła chodzić do tej samej szkoły, poszła więc do prywatnego seminarium dla dziewcząt w rodzinnym mieście. To także była drugorzędna szkoła, ale i tak lepsza niż państwowe liceum. Mieszkańcy Dairy nie mieli zresztą wyboru, jeśli nie chcieli, żeby ich córki uczyły się razem z chłopcami. W przeciwieństwie do Szkoły Dairy, dysponującej internatem, z którego korzystało dziewięćdziesiąt pięć procent uczniów, Liceum Żeńskie Ethel Thompson było po prostu prywatną szkołą dzienną. Rodzice matki, nie wiedzieć czemu jeszcze starsi niż Trener Bob, życzyli sobie, żeby ich córka przestawała wyłącznie z chłopcami ze Szkoły Dairy, zamiast z miejscowymi, ojciec jej bowiem był emerytowanym nauczycielem tejże szkoły (nazywano go Latin Emeritus), a matka – córką lekarza z Brookline w stanie Massachusetts, wydaną za absolwenta Harwardu; matka mojej matki miała nadzieję, że jej córce dane będzie pokusić się o podobny sukces. Nigdy wprawdzie nie skarżyła się na to, że jej własny harwardczyk wykradł ją z kręgów bostońskiej socjety i wywiózł do grajdołu, łudziła się jednak, że za to córka pozna któregoś z odpowiednich uczniów Szkoły Dairy i w ten sposób zajedzie z powrotem do Bostonu.

Mama – czyli Mary Bates – doskonale wiedziała, że mój ojciec – czyli Win Berry – nie jest tym odpowiednim chłopcem ze Szkoły Dairy, o którego idzie jej matce. Harward Harwardem, ale Win był przede wszystkim synem Trenera Boba, a poza tym zostać przyjętym na uczelnię to jeszcze wcale nie to samo, co studiować – albo mieć na to pieniądze.

Mojej matki jej własne plany – te, które miała latem trzydziestego dziewiątego roku – ani trochę nie nęciły. Staruszek Latin Emeritus dopiero co dostał wylewu; snuł się po swym domu w Dairy, zaśliniony i otępiały, trzęsąc się i mrucząc po łacinie. Żona umiała co najwyżej biernie martwić się o niego; lepiej działo się tylko wtedy, gdy młoda Mary mieszkała z rodzicami i opiekowała się nimi. Rodzice dziewiętnastoletniej Mary Bates byli starsi, niż zwykle bywają dziadkowie. Z poczucia obowiązku, choć niekoniecznie ze szczerej chęci, gotowa była zrezygnować ze studiów i zostać w domu, żeby się o nich troszczyć. Miała zamiar nauczyć się pisania na maszynie i znaleźć pracę w rodzinnym mieście. Posadę w pensjonacie „Arbuthnot-Na-Przymorzu” załatwiła sobie właściwie po to, żeby przeżyć coś na kształt egzotycznych wakacji, zanim się podda tej bliżej nie określonej mordędze, którą przyniesie jesień. Z góry sobie wyobraziła, że uczniowie Szkoły Dairy będą coraz młodsi i w końcu żaden nie zechce jej wykraść do Bostonu.

Choć Mary Bates i Winslow Berry razem dorastali, przez cały ten czas co najwyżej kiwali sobie głowami albo robili miny na powitanie.

– Tak jakbyśmy czekali na coś bardziej niedosiężnego. Sam nie wiem czemu – wyznał nam kiedyś ojciec. A jeśli w końcu sytuacja się zmieniła, to może dzięki temu, że po raz pierwszy przyjrzeli się sobie nawzajem z dala od rodzinnych, znanych na pamięć miejsc: pstrokatego miasteczka Dairy i równie pstrokatej Szkoły Dairy z przyległościami.

Ukończywszy w czerwcu trzydziestego dziewiątego roku Liceum Żeńskie Ethel Thompson matka uświadomiła sobie z bólem, że w Szkole Dairy rozdano już matury, a samą szkołę zamknięto na lato; co szykowniejsi uczniowie (oczywiście przyjezdni) wrócili do domu – między innymi kilku, jak ich nazywała, „narzeczonych”, co do których mogła mieć nadzieję, że jeśli nie ten, to tamten pójdzie z nią na bal maturalny u Ethel Thompson. Nie znała miejscowych licealistów, a kiedy jej matka wysunęła kandydaturę Wina Berry’ego, mama wybiegła z jadalni.

– To może od razu zaproszę Trenera Boba, co? – krzyknęła do swojej matki. Jej ojciec, Latin Emeritus, podniósł głowę ze stołu, przy którym się zdrzemnął.

– Trener Bob? – spytał. – Czyżby ten kretyn znów przyszedł pożyczyć sanie?

Trener Bob, znany także jako Bob z Iowy, wcale nie był kretynem, ale z punktu widzenia Latina Emeritusa, który po wylewie miał trochę pogmatwane poczucie czasu, zatrudniany przez szkołę osiłek ze Środkowego Zachodu niezupełnie się mieścił w tej samej kategorii, co wykładający w tejże szkole akademicy. Przed wieloma laty, gdy Mary Bates i Win Berry byli mali, Trener Bob przyszedł pożyczyć stare sanie, wsławione tym, że niegdyś przez trzy zimy stały przed domem Batesów, ani razu nie ruszone.

– Czy ten dureń ma konia, żeby go do nich zaprząc? – spytał żonę Latin Emeritus.

– Nie, sam pociągnie! – odparła matka mojej matki, po czym rodzina Batesów zasiadła w oknie, żeby popatrzeć, jak Trener Bob sadza małego Wina na koźle, wyciąga ręce za siebie, chwyta orczyk i tęgo szarpnąwszy rusza z miejsca, a wielkie sanie wyjeżdżają z zaśnieżonego podwórza na śliską ulicę, którą w tamtych czasach zdobił jeszcze szpaler wiązów.

– Sunęły tak szybko, jakby koń je ciągnął! – mawiała matka, wspominając to zdarzenie.

Bob z Iowy był najniższym graczem środka pola, jaki się dostał do podstawowego składu którejkolwiek z drużyn pierwszej ligi futbolu amerykańskiego. Sam się przyznawał, że kiedyś w ferworze walki nie tylko powalił przeciwnika, ale i ugryzł. W Dairy oprócz piłkarzy szkolił kulomiotów i ciężarowców. W oczach rodziny Batesów był jednak człowiekiem nie dość skomplikowanym, aby dało się go traktować serio; Batesowie widzieli w nim tylko śmiesznego krępego siłacza, który wciąż biega truchcikiem po ulicach miasteczka, tak krótko ostrzyżony, że wygląda, jakby był łysy...

–... i jeszcze wkłada na czerep tę paskudną opaskę – dodawał Latin Emeritus. – Cóż za obrzydliwy kolor!

Trener Bob żył tak długo, że my, dzieci, w końcu tylko jego zapamiętaliśmy z czworga dziadków.

– Co to za hałas? – z niepokojem pytał Frank w środku nocy, kiedy Bob już z nami zamieszkał.

Odkąd Trener Bob się do nas wprowadził, nie tylko Frank, ale cała rodzina często słuchała tych dźwięków: trzeszczenia podłogi, gdy starzec robił na niej (czyli na naszym suficie) pompki, i jego własnych stęknięć, kiedy ćwiczył siady z leżenia.

– To Bob z Iowy – szepnęła raz Lilly. – Chce na wieki wieków utrzymać się w formie.

W każdym razie to nie Win Berry zabrał matkę na bal maturalny. Tym, który łaskawie zechciał ją zaprosić, okazał się pastor mający pieczę nad rodziną Batesów, znacznie starszy od mojej mamy, ale za to kawaler.

– Strasznie mi się dłużyła ta noc – wyznała nam matka. – Byłam załamana. Czułam się obca we własnym mieście. Ale ten sam pastor miał niedługo potem dać ślub waszemu ojcu i mnie!

Ojciec i matka ani o tym myśleli, kiedy wraz z resztą sezonowej służby zostali sobie „przedstawieni” wśród nierzeczywistej zieleni wypieszczonego trawnika otaczającego pensjonat, w którym nawet służący zawierali znajomość w sposób nader sformalizowany: kobiety i dziewczęta stawały szeregiem, jedną z nich wywoływano po imieniu i nazwisku, a następnie przedstawiano jej chłopaka, wywołanego z takiegoż szeregu chłopców i mężczyzn. Dokonywano prezentacji, jakby ci dwoje mieli za chwilę ruszyć w taniec.

– To jest Mary Bates, która właśnie ukończyła Liceum Żeńskie Ethel Thompson. Ma być u nas pokojówką, a prócz tego podawać do stołu. Lubi żagle. Prawda, Mary, że lubisz żagle?

W ten sposób zostali sobie przedstawieni kelnerzy i kelnerki, kortowi i ci, co taszczą za graczami kije golfowe, załoganci z jachtów i kuchciki, majstrowie do wszystkiego, hostessy, pokojówki, personel z pralni, hydraulik i orkiestra. Dansingi były w owych czasach bardzo popularne. Do pensjonatów położonych dalej na południe – na przykład w Weirs koło Laconii czy w Hampton Beach – ściągały latem słynne orkiestry. Lecz „Arbuthnot-Na-Przymorzu” miał własny zespół, imitujący w mroźnym stylu Maine brzmienie big-bandu.

– A to jest Winslow Berry. Lubi, żeby na niego mówić Win. Prawda, Win? Jesienią zaczyna studia na Harwardzie!

Ale ojciec patrzył tylko na matkę, która się uśmiechnęła i odwróciła głowę, wstydząc się za niego nie mniej niż za siebie. Nigdy przedtem nie zauważyła, jaki jest przystojny; miał krzepę Trenera Boba, ale ze Szkoły Dairy wyniósł sposób bycia, ubierania się i czesania na modłę bostończyków (a nie mieszkańców Iowy). Wyglądał, jakby już studiował na Harwardzie – cokolwiek to wtedy znaczyło dla mojej matki.

– O, sama nie wiem, co znaczyło – powiedziała mama. – Pewnie to, że ma trochę ogłady. Wyglądał na chłopaka, który umie tak pić, żeby nie zwymiotować. Miał ciemne bystre oczy, jakich nigdy w życiu nie widziałam, i za każdym razem, kiedy na niego patrzyłam, byłam pewna, że przed chwilą mi się przyglądał, ale nie mogłam go na tym przyłapać.

Ojciec zachował ten dar do końca życia; zawsze czuliśmy na sobie jego uważne, tkliwe spojrzenie, choć gdy my z kolei na niego patrzyliśmy, jego wzrok skierowany był już całkiem gdzie indziej, a on sam wyglądał, jakby marzył albo snuł plany, głęboko się nad czymś zastanawiał lub myślał o sprawach niesłychanie odległych. Nawet już całkiem ślepy (na to, jak żyjemy i co knujemy) zdawał się jednak w pewien sposób nas obserwować. Była w nim jakaś przedziwna mieszanina wyniosłości i ciepła, którą matka po raz pierwszy poczuła na trawniku w Maine – na spłachciu jaskrawej zieleni, okolonym przez szare morze.

SPOTKANIE ZAPOZNAWCZE PERSONELU: 16.00

Właśnie wtedy się dowiedziała, że i on tam jest.

Kiedy wszyscy wszystkim zostali przedstawieni, a personelowi kazano się przygotować do pierwszego koktajlu, pierwszej kolacji i pierwszej wieczornej potańcówki, matka ściągnęła ojca wzrokiem. Podszedł do niej.

– Dopiero za dwa lata będzie mnie stać na Harward – rzekł prosto z mostu.

– Tak też myślałam – odparła matka. – Ale i tak wspaniale, że się dostałeś – dodała czym prędzej.

– Niby dlaczego miałbym się nie dostać? – spytał tata.

Mary Bates wzruszyła ramionami; był to u niej częsty odruch, który wziął się stąd, że nigdy nie rozumiała, co mówi jej własny ojciec (odkąd zaczął bełkotać po wylewie). Przed „spotkaniem zapoznawczym” włożyła białe rękawiczki i biały kapelusz z woalką; miała w nich podawać do stołu podczas pierwszego przyjęcia na świeżym powietrzu. Ojcu strasznie się podobało to, jak włosy otulają jej głowę – nieco dłuższe na karku, wokół twarzy zaczesane do tyłu; kapelusz i woalka były do nich przytwierdzone w sposób tak prosty, a zarazem tajemniczy, że tatę bardzo to zastanowiło.

– A ty co robisz jesienią? – spytał.

Znowu wzruszyła ramionami, ale przez białą woalkę mógł chyba wyczytać z jej oczu pragnienie, żeby ktoś ją uratował od scenariusza, wedle którego – jak sądziła – miała się potoczyć przyszłość.

– Wyraźnie pamiętam, że już przy pierwszym spotkaniu byliśmy dla siebie mili – powiedziała. – Oboje czuliśmy się samotni w nowym miejscu i wiedzieliśmy o sobie nawzajem rzeczy, których nie wiedział nikt inny.

W tamtych czasach uważano to już pewnie za poufałość.

– W tamtych czasach nie istniało coś takiego jak poufałość – twierdziła Franny. – Nawet kochanek przy kochance nie śmiał pierdnąć.

W to, co mówiła, wkładała wiele przekonania, a ja często jej wierzyłem. Nawet w doborze słów przedwcześnie się rozwinęła – jak gdyby zawsze wiedziała, dokąd zmierza; nigdy za nią nie nadążałem.

Tego pierwszego wieczoru orkiestra „Arbuthnotu-Na-Przymorzu” starała się jak najdokładniej podrobić brzmienie big-bandu, ale gości było niewielu, tancerzy zaś jeszcze mniej: sezon dopiero się zaczynał, a w Maine zaczyna się on ospale – tak tu zimno, i to nawet latem. Parkiet w sali tanecznej, wyfroterowany na wysoki połysk, zdawał się ciągnąć aż poza skraj tarasów z widokiem na ocean. W czasie deszczu rozpinano nad tarasami markizy, sala była bowiem otwarta na wszystkie strony świata i kiedy zacinało, ulewa moczyła lśniącą klepkę.

Pierwszego wieczoru orkiestra grała do późna specjalnie dla personelu, skoro gości było tak mało, a większość z nich wcześnie poszła do łóżek, żeby się rozgrzać. Ojcu i matce wraz z resztą służby pozwolono tańczyć przez godzinę z okładem. Matka na zawsze zapamiętała, że żyrandol był uszkodzony: nieregularne barwne plamy pstrzyły parkiet, który w tym kalekim świetle wydawał się miękki i lśniący jak z wosku.

– Cieszę się, że jest tu ktoś, kogo znam – szepnęła matka; ojciec poprosił ją do tańca dość oficjalnie, a i tańczył raczej sztywno.

– Przecież mnie wcale nie znasz – odparł.

– Powiedziałem to – wyznał nam – bo chciałem, żeby znów wzruszyła ramionami.

A kiedy spełniła jego ukryte życzenie, myśląc zarazem, że tańczy z nieprawdopodobnie trudnym rozmówcą – któremu zapewne nie dorównuje – ojciec uwierzył, że wcale nie za sprawą ślepego trafu zaczęło go do niej ciągnąć.

– Ale chcę, żebyś mnie poznała – dodał. – I sam też chcę cię poznać.

(– Brrr! – mówiła zawsze w tym momencie Franny.)

Już od pewnego czasu orkiestrę zagłuszał ryk silnika, toteż wielu tancerzy zeszło z parkietu, żeby sprawdzić, skąd ten harmider. Matka odetchnęła z ulgą: nie miała ojcu nic do powiedzenia. Wyszli (nie biorąc się za ręce) na taras, z którego otwierał się widok na port; w świetle lamp kołyszących się na rozpiętych w górze drutach ujrzeli kuter wychodzący w morze na połów homarów. Z tego właśnie kutra przed chwilą wytoczono na nabrzeże motocykl ciemnej barwy; pojazd stał w miejscu, ale silnik chodził na wysokich obrotach – być może po to, żeby wydmuchać z rur i przewodów morską wilgoć. Motocyklista wyraźnie się uparł, że nastroi dudniący motor na odpowiednią nutę, nim włączy bieg. Pojazd miał z boku przyczepę, w której siedziała mroczna postać, zgarbiona i nieruchoma, pokraczna, jakby za grubo ubrana.

– To Freud – powiedział jakiś głos z grupy hotelowej służby. Starsi zawołali:

– Tak, to Freud! Freud i Stan Maine!

Nasi rodzice pomyśleli, że Stan Maine to marka motocykla. Widząc, że publiczność się rozeszła, orkiestra przestała grać; niektórzy muzycy dołączyli do tancerzy stojących na tarasie.

– Freud! – wrzeszczeli ludzie.

Ojciec zawsze opowiadał, jak to z rozbawieniem wyobrażał sobie, że za chwilę Freud – ale ten prawdziwy – nienagannie żwirowaną alejką zajedzie na motorze pod sam taras i w świetle wysoko zawieszonych lamp przedstawi się zgromadzonym. Otóż i Zygmunt Freud we własnej osobie, pomyślał ojciec: z chwili na chwilę coraz bardziej się zakochiwał, wszystko więc wydawało mu się możliwe.

Oczywiście nie był to prawdziwy Freud (umarł bowiem akurat w tamtym roku), lecz utykający na jedną nogę wiedeński Żyd o nazwisku nie do wymówienia, który każdego lata pracował w pensjonacie (począwszy od trzydziestego dziewiątego roku, kiedy to opuścił rodzinną Austrię); w końcu przylgnęło do niego przezwisko „Freud”, bo potrafił uwolnić od strapień personel i gości: zabawiał ich swymi występami, a ponieważ pochodził z Wiednia i był Żydem, jakimś cudzoziemcom o dziwacznym poczuciu humoru, którzy spędzali w „Arbuthnocie” wakacje, przydomek ten sam się nasunął. Wydawał się zresztą świetnie dobrany, gdy w trzydziestym siódmym roku w początkach letniego sezonu Freud pojawił się na nowym motocyklu marki Indian z przyczepą własnej konstrukcji.

– Freud, którą weźmiesz na siodełko, a którą do przyczepy? – pytały pracujące w hotelu dziewczyny, kpiąc sobie z Freuda, pokrytego nie dziobami, ale wręcz szramami po ospie (twierdził, że to „dziury po czyrakach”), tak okropnymi, że nie mogłaby go pokochać żadna kobieta.

– Ze mną jeździ tylko Stan Maine – odparł i ściągnął z przyczepy plandekę. W przyczepie siedział niedźwiedź, czarny jak spaliny, bardziej muskularny niż Bob z Iowy, ostrożny jak mało który bezpański pies. Freud przywiózł go z obozu drwali na północy Maine i przekonał dyrekcję hotelu, że zdoła wytresować zwierzę ku uciesze gości. Kiedy wyemigrował z Austrii i przypłynął do Boothbay Harbor statkiem z Nowego Jorku, miał przy sobie dokumenty, w których napisano wielkimi literami: FACHOWY TRESER I OPIEKUN ZWIERZĄT. UZDOLNIONY MECHANIK, zaświadczając tym samym o jego przydatności do dwóch zawodów. W pensjonacie nie było akurat żadnych zwierząt, toteż Freud w sezonie naprawiał rozmaite pojazdy, a potem przenosił je w stan spoczynku na te miesiące, gdy nie przyjeżdżali turyści, on zaś odwiedzał obozy drwali i papiernie jako wędrowny mechanik.

Przyznał się potem ojcu, że przez cały ten czas szukał niedźwiedzia. Twierdził, że na niedźwiedziach można zrobić forsę.

Przybysz zsiadł z motocykla, zaparkowanego pod przyległym do sali tanecznej tarasem, a ojciec ze zdziwieniem słuchał radosnych okrzyków, które wznosili co bardziej doświadczeni członkowie personelu. Kiedy Freud pomagał tajemniczej postaci wysiąść z przyczepy, mama z kolei myślała, że przywiózł zgrzybiałą staruszkę – na przykład własną matkę (pasażer rzeczywiście przypominał starą kobietę owiniętą ciemnym kocem).

– Stan Maine! – wrzasnął któryś muzyk i zadął w instrument.

Matka i ojciec ujrzeli, że niedźwiedź zaczyna tańczyć. Stanął na zadnich łapach, tanecznym krokiem odsunął się od Freuda, opadł na czworaki i w paru susach okrążył motocykl. Freud stanął na siodełku i klasnął w dłonie. Niedźwiedź imieniem Stan Maine też zaklaskał. Matka poczuła, że ojciec bierze ją za rękę – żadne z nich bowiem nie klaskało – ale się nie wzbraniała, tylko na uścisk odpowiedziała takim samym uściskiem; oboje patrzyli z tarasu w dół, nie przestając śledzić popisów przysadzistego zwierza. Mam dziewiętnaście lat i moje życie dopiero się zaczyna, pomyślała matka.

– Naprawdę tak się czułaś? – pytała Franny za każdym razem.

– Wszystko jest względne – odpowiadała matka. – Ale rzeczywiście czułam, że życie właśnie się zaczyna.

– Rany koguta – mówił Frank.

– To ja ci się wtedy spodobałem czy niedźwiedź? – pytał ojciec.

– Nie wygłupiaj się – mówiła matka. – Podobało mi się wszystko naraz. W jednej chwili zaczęłam żyć.

Rzucało mnie to na kolana tak samo jak to, co ojciec mówił o niedźwiedziu („Za bardzo już się postarzał, żeby dalej być niedźwiedziem”). Kiedy matka oświadczała, że jej życie zaczęło się właśnie w tamtej chwili, zasłuchiwałem się i już nie mogłem się oderwać, jakbym zapuścił korzenie, jakbym na własne oczy widział życie mojej matki, które niczym motocykl od dawna chodziło na jałowym biegu, aby wreszcie zaskoczyć i nagłym zrywem pomknąć przed siebie.

A co wyobrażał sobie ojciec, kiedy wziął ją za rękę tylko dlatego, że w jego życiu pojawił się niedźwiedź, przywieziony na kutrze poławiaczy homarów?

– Wiedziałem, że to będzie mój niedźwiedź – powiedział. – Sam nie wiem skąd.

I może właśnie ta świadomość (że ma przed oczami coś, co będzie do niego należało) skłoniła ojca, żeby sięgnąć także po moją matkę.

Teraz już rozumiecie, czemu w dzieciństwie zadawaliśmy aż tyle pytań: jest to bardzo niejasna historia, z rodzaju tych, które najchętniej opowiadają rodzice.

Tej nocy, kiedy po raz pierwszy ujrzeli Freuda i jego niedźwiedzia, ojciec i matka nawet się nie pocałowali. Gdy orkiestra zwinęła manatki, a personel rozszedł się po męskich i żeńskich sypialniach (mieściły się one w osobnych budynkach, trochę mniej eleganckich niż sam hotel), rodzice wybrali się do portu i patrzyli na wodę. Być może przy tym rozmawiali, ale jeśli tak, to nigdy nie powiedzieli nam, o czym. Na pewno było tam parę szykownych żaglówek, a ponieważ rzecz działa się w Maine, nawet w prywatnej przystani musiało stać kilka kutrów do połowu homarów. Pewnie był też jakiś bączek i może ojciec zaproponował, żeby go pożyczyć i chwilę powiosłować, na co matka zapewne się nie zgodziła. Fort Popham leżał wtedy w gruzach – nie stał się jeszcze taką atrakcją turystyczną jak dziś – lecz jeśli na wybrzeżu w jego okolicy paliły się światła, musiały być widoczne z „Arbuthnotu-Na--Przymorzu”.

W szerokim ujściu Kennebecu przy Bay Point pływała oświetlona boja z dzwonem, a na wyspie Stage już w trzydziestym dziewiątym roku mogła stać latarnia morska: ojciec nie potrafił sobie tego dokładnie przypomnieć.

Ale tak w ogóle, to w tamtych czasach na całym wybrzeżu musiały panować zupełne ciemności, więc kiedy nagle przypłynął ten biały slup – z Bostonu, może z Nowego Jorku, w każdym razie z południowego zachodu, z królestwa cywilizacji – matka i ojciec na pewno zobaczyli go bardzo wyraźnie i przyglądali mu się w skupieniu, póki nie przybił do kei. Ojciec złapał cumę; zawsze potem twierdził, że był w tym momencie bliski paniki, tak dalece nie miał pojęcia, co z nią zrobić – uwiązać do czegoś czy gdzieś ciągnąć – wtem jednak z żaglówki zszedł mężczyzna w białym smokingu, czarnych spodniach i czarnych lakierkach, ze swobodą wspiął się po drabince i stanąwszy na nabrzeżu cisnął cumę z powrotem na pokład.

– Jesteś wolna – zawołał, zwracając się do żaglówki. Ojciec i matka twierdzili, że na pokładzie nie było ani jednego marynarza, lecz mimo to łódź zaczęła odpływać; jej żółte światła oddalały się, jakby szkło tonęło wśród fal. Człowiek w smokingu powiedział do ojca:

– Dziękuję za przysługę. Jesteś tu nowy?

– Oboje jesteśmy nowi – odparł ojciec.

Nienaganny strój przybysza ani trochę nie ucierpiał w podróży. Mężczyzna był bardzo opalony jak na początek lata; poczęstował rodziców papierosami ze zgrabnego płaskiego pudełeczka czarnej barwy. Żadne nie paliło.

– Miałem nadzieję, że zdążę na ostatni taniec – powiedział – ale zdaje się, że orkiestra poszła spać?

– Tak – rzekła matka. Ona i ojciec mieli po dziewiętnaście lat i po raz pierwszy w życiu widzieli taką postać.

– Był nieprzyzwoicie pewny siebie – twierdziła matka.

– Miał pieniądze – wyjaśniał ojciec.

– Czy Freud z niedźwiedziem już przyjechał? – spytał nieznajomy.

– Tak – odparł ojciec. – Z niedźwiedziem i z motocyklem.

Mężczyzna w białym smokingu palił zachłannie, ale z klasą i patrzył na pensjonat; było tam już ciemno – tylko w nielicznych oknach się świeciło – lecz rozwieszone na dworze lampki, które oświetlały alejki, żywopłoty i przystań, rzucały blask na opaloną twarz przybysza; w ich świetle, odbitym w czarnej, ruchliwej powierzchni morza, jego oczy wydawały się wąskie.

– Freud to Żyd – powiedział nieznajomy. – W samą porę wyjechał z Europy. Europa za chwilę przestanie być miejscem dla Żydów. Mówił mi mój agent.

To poważne oświadczenie musiało chyba poruszyć mojego ojca, który rwał się na Harward – czyli w świat – a nie zdawał sobie sprawy, że wojna na pewien czas pokrzyżuje mu plany. Właśnie człowiek w białym smokingu sprawił, że ojciec już po raz drugi tej nocy wziął matkę za rękę; matka znów odwzajemniła uścisk jego palców, kiedy oboje uprzejmie czekali, aż nieznajomy dopali papierosa, pożegna się albo powie coś więcej.

On jednak powiedział tylko jedno:

– A świat przestanie być miejscem dla niedźwiedzi!

Roześmiał się, ukazując zęby równie białe jak smoking, a ponieważ wiał wiatr, rodzice nie usłyszeli ani syku gasnącego papierosa, który wpadł w fale oceanu, ani tego, że slup znowu podpłynął do kei. Mężczyzna podszedł do drabinki i dopiero gdy żwawo zsunął się po szczeblach, Mary Bates i Win Berry uświadomili sobie, że łódka płynie mu na spotkanie. Człowiek w białym smokingu zdążył w samą porę, żeby zeskoczyć na pokład. Tym razem cuma nie przeszła z rąk do rąk. Slup o zwiniętych żaglach sapał niespiesznie, poruszany innym niż żagle napędem; skręcił na południowy zachód (zawracając do Bostonu, a może Nowego Jorku), bo podróż nocą widocznie była mu niestraszna. Ostatnie słowa, jakie nieznajomy wykrzyknął w stronę moich rodziców, zagubiły się w terkocie silnika, w klaskaniu kadłuba o fale i w szumie wiatru, gnającego po wodzie mewy (ptaki wyglądały jak balowe kapelusze z piórami, podskakujące wśród fal, w które cisnęli je pijani goście). Ojciec przez całe życie żałował, że nie usłyszał tych słów.

To od Freuda się dowiedział, że rozmawiał z samym właścicielem „Arbuthnotu-Na-Przymorzu”.

Ja, to był on, we własnej osobie – powiedział Freud. – Tak właśnie przypływa, raptem kilka razy w ciągu lata. Kiedyś zatańczył z taką jedną dziewczyną, co tu pracowała. Ostatni taniec, i tyle ją było widać. W tydzień później jakiś inny facet przyjechał po jej rzeczy.

– A jak on się nazywa? – spytał ojciec.

– Może właśnie Arbuthnot? Ktoś mi mówił, że to Holender, ale nazwiska nigdy nie słyszałem. A Europę to zna na wylot – wiem, co mówię.

Ojca strasznie korciło, żeby spytać o Żydów; poczuł, że matka daje mu kuksańca. Wszyscy troje siedzieli po pracy na krótko przystrzyżonym trawniku wokół dołka na polu golfowym. W świetle księżyca trawa wydawała się niebieska, a w dołku łopotała czerwona chorągiewka. Niedźwiedź imieniem Stan Maine, bez kagańca, usiłował się poczochrać o cienkie drzewce chorągiewki.

– Chodź tu, ty głupku! – rzekł Freud do niedźwiedzia, ale ten nie usłuchał.

– Twoja rodzina została w Wiedniu? – spytała matka.

– Mam tylko siostrę – odparł Freud. – Ostatni raz dała mi znać w zeszłym roku w marcu.

– W zeszłym roku w marcu – zauważył ojciec – hitlerowcy zajęli Austrię.

Ja, ja, mnie to mówisz?

Stan Maine, strapiony tym, że chorągiewka nie stawia dostatecznego oporu – czyli nie nadaje się do czochrania – trzepnął ją łapą, aż poleciała na drugi koniec trawnika.

– O Jezu – powiedział Freud. – Chodźmy stąd, bo jeszcze zacznie ryć jamy w polu golfowym.

Ojciec wstawił z powrotem do dołka idiotyczną chorągiewkę z numerem osiemnastym. Matka, którą na ten wieczór zwolniono od podawania do stołu, miała na sobie strój pokojówki; pobiegła naprzód, wołając niedźwiedzia.

Stan Maine rzadko biegał. Zwykle łaził niezdarnie, nigdy się zbytnio nie oddalając od motocykla. Czochrał się o niego tak często, że odarty z czerwonej farby błotnik lśnił, jakby był chromowany, a w stożkowatym czubku przyczepy od nieustannego szturchania zrobił się dołek. Zwierzak raz po raz parzył się o rury, bo zaczynał się czochrać, nim maszyna ostygła po jeździe, więc do dysz poprzywierały złowieszcze kępy niedźwiedzich kłaków, jak gdyby sam motocykl był wyliniałym, niegdyś włochatym zwierzem. Kępom tym odpowiadały wyskubane spłachcie w czarnym futrze niedźwiedzia, w miejscach, gdzie sierści albo całkiem brakowało, albo była sprasowana i przysmalona na mętny brąz suszonych wodorostów.

To, czego właściwie treser nauczył niedźwiedzia, pozostawało tajemnicą dla wszystkich – poniekąd nawet dla samego Freuda.

Ich wspólny „numer”, wykonywany późnym popołudniem w czasie przyjęć na wolnym powietrzu, był cięższą próbą dla Freuda i motocykla niż dla zwierzęcia. Freud jeździł w kółko na motorze, a niedźwiedź siedział w odkrytej przyczepie i wyglądał jak pilot w otwartej kabinie bez tablicy rozdzielczej. W miejscach publicznych miał zwykle na łbie kaganiec – konstrukcję z czerwonej skóry, zdaniem ojca podobną do masek, jakie czasem się wkłada przy grze w lacrosse’a (jest to skrzyżowanie hokeja z tenisem). Wydawał się mniejszy w kagańcu, który jeszcze bardziej miął mu i bez tego pomarszczoną paszczę, zarazem wydłużając nos. W sumie więc zwierzak tym wyraźniej się upodabniał do zapasionego psiska.

Jeździli tak i jeździli, aż po którymś okrążeniu, na chwilę przedtem, nim znudzeni goście przestali zwracać uwagę na to dziwactwo i znów podjęli rozmowy, Freud zatrzymywał motocykl, zsiadał nie wyłączając silnika, podchodził do przyczepy i zaczynał lżyć niedźwiedzia po niemiecku – ku uciesze zgromadzonych, których co prawda śmieszył głównie sam niemiecki. Freud nie dawał za wygraną, póki nie dopiął tego, że niedźwiedź gramolił się pomału z przyczepy, wsiadał na motocykl i opierał przednie łapska na kierownicy, nie sięgając zadnimi do podnóżka ani do pedału tylnego hamulca. Wtedy Freud wsiadał do przyczepy i kazał zwierzakowi ruszać.

Z początku nic się nie działo. Freud siedział w przyczepie i głośno się burzył przeciwko takiej inercji, a niedźwiedź z ponurą miną dzierżył kierownicę, podrygiwał na siodełku i wiosłował zadnimi łapami, jakby brodził w wodzie.

– Stan Maine! – wołał ktoś w tłumie. Niedźwiedź kiwał łbem, jak gdyby dostojnie zakłopotany, ale z miejsca się nie ruszał.

Miotając po niemiecku wściekłe obelgi, które publiczność uwielbiała, Freud wyłaził z przyczepy i podchodził do niedźwiedzia, żeby mu pokazać, jak się uruchamia motocykl.

– Sprzęgło! – mówił, kładąc jedną łapę zwierza na rączce sprzęgła. – Gaz! – krzyczał i drugą łapą niedźwiedzia zwiększał obroty. Motocykl marki Indian, rocznik trzydziesty siódmy, miał przekładnię biegów zamontowaną obok zbiornika z paliwem, toteż motocyklista włączając albo zmieniając biegi musiał na jedną chwilę grozy zdejmować rękę z kierownicy. – Przekładnia! – darł się Freud i nagłym szarpnięciem wrzucał bieg.

Natenczas niedźwiedź-motocyklista ruszał na przełaj przez trawnik; z równomiernym warkotem silnika sunął w stałym tempie ku zadowolonym z siebie, pięknie odzianym gościom: mężczyźni – nawet jeśli dopiero co zeszli z boiska lub z kortu – mieli na głowach kapelusze; w pensjonacie „Arbuthnot-Na-Przymorzu” nie tylko damskie, ale i męskie kostiumy kąpielowe sięgały aż po szyję, choć w latach trzydziestych coraz częściej widywano mężczyzn w samych kąpielówkach. Żakiety i marynarki miały wywatowane ramiona; mężczyźni ubrani byli w obszerne, workowate spodnie z białej flaneli; wśród kobiet sportsmenki nosiły dwukolorowe półbuty i króciutkie skarpeteczki, a elegantki lubiły suknie podkreślające talię, nierzadko z bufiastymi rękawami. W sumie powstawało więc nader barwne zamieszanie, gdy na taką grupę nacierał niedźwiedź, ścigany przez Freuda.

Nein! Nein! Ty durny miśku, ty!

Z miną, z której gościom trudno było cokolwiek wyczytać przez kaganiec, Stan Maine jechał przed siebie, czasem tylko lekko skręcając, zgarbiony nad kierownicą.

– Ty głupi zwierzu! – darł się Freud.

Niedźwiedź zawsze przejeżdżał przez jeden z namiotów, w których się odbywało przyjęcie, lecz nigdy nie uderzył w słup ani nie zahaczył o białe płócienne obrusy, pokrywające suto zastawione stoły i bufet. Kelnerzy gonili za nim po rozległym trawniku. Tenisiści go dopingowali, ale kiedy się zbliżał, czmychali z kortów.

Może wiedział, co robi, a może nie, ale nigdy się nie wtarabanił w żywopłot, nigdy zanadto nie dodał gazu, nie pojechał do przystani, nie próbował się dostać na pokład jachtu albo kutra poławiaczy homarów. Freud zawsze go doganiał i to akurat wtedy, kiedy wyglądało na to, że goście chyba już dosyć się napatrzyli. Wsiadał na tylne siodełko i przytulony do szerokiego grzbietu niedźwiedzia prowadził zwierzę – a wraz z nim motocykl marki Indian, rocznik trzydziesty siódmy – z powrotem między namioty.

Ah so, jeszcze tylko parę zagwozdek trzeba rozpracować! – wołał do tłumu. – Tu i ówdzie jeszcze zgrzyta, ale tak w ogóle to nie ma strachu! Misiek raz dwa się douczy!

Tak zatem wyglądał popisowy numer. Nigdy inaczej. Freud tylko tego nauczył Stana Maine, który zresztą jego zdaniem niczego więcej nauczyć się nie mógł.

– Mądry to on nie jest – zwierzał się ojcu treser. – Jak go kupiłem, był już za stary. Myślałem, że i tak się nada. Drwale oswoili go od maleńkości, ale niczego się u nich nie nauczył. Sami przecież w ogóle nie umieją się zachować. Zwierzaki, i tyle. Trzymali go w obozie ot tak, dla zabawy, żreć dawali akurat w sam raz, żeby się nie zrobił wredny, ale właściwie nic od niego nie chcieli. Mógł się obijać do woli, tak jak i oni się obijają. Coś mi się nawet zdaje, że go rozpili. Nie pije, bo mu nie daję, ale tak się zachowuje, jakby miał chęć się napić, wiesz?

Ojciec nic nie wiedział: uważał, że Freud jest wspaniały, a motocykl marki Indian rocznik trzydziesty siódmy to najpiękniejsza maszyna, jaką widział w życiu. Kiedy on i matka mieli wolne, jeździli na wycieczki po nadmorskich drogach, przytuleni, owiewani chłodnym słonym powietrzem, ale nigdy sami: nie sposób było wyjechać z „Arbuthnotu” motocyklem, nie zabierając w przyczepie Stana Maine, ten bowiem dostawał amoku, jeśli motor odjeżdżał bez niego; puszczał się wtedy biegiem, czego nigdy poza tym nie robił. A niedźwiedzie biegają zdumiewająco szybko.

– Dobra, spróbuj mu uciec – rzekł kiedyś Freud do ojca. – Ale nim zapalisz, wyprowadź motor aż na główną drogę. I przy pierwszej próbie nie zabieraj ze sobą biednej Mary. Grubo się ubierz, bo jeżeli cię dorwie, to całego zwyobraca tymi swoimi łapskami. Nawet nie ze złości, tylko z podniecenia. No, jazda. Próbuj. Ale jak się po paru kilometrach obejrzysz i zobaczysz, że jeszcze za tobą leci, zatrzymaj się i przywieź go z powrotem, bo inaczej dostanie zawału albo się zgubi, taki z niego głupek. Nie umie polować, ani nic. Jak mu nie dać żreć, nie poradzi sobie. To już nie prawdziwe zwierzę, tylko żywa maskotka. Jest może ze dwa razy mądrzejszy niż owczarek alzacki, a to za mało, żeby dać radę światu.

– Światu? – pytała zawsze Lilly, wytrzeszczając oczy.

Lecz ojcu świat latem trzydziestego dziewiątego roku wydawał się nowy i ciepły; sprawiały to nieśmiałe pieszczoty mojej matki, ryk motocykla i mocny odór niedźwiedzia, zimne noce w Maine oraz mądrość Freuda.

Freud oczywiście dlatego utykał, że miał kiedyś wypadek na motocyklu i źle mu złożono złamaną nogę.

– Dyskryminacja – twierdził.

Był mężczyzną niskim, silnym, czujnym jak zwierzę, o osobliwej karnacji, przypominającej kolor zielonej oliwki gotowanej na wolnym ogniu, aż zbrązowiała. Miał lśniące włosy bruneta; dziwna jedwabista kępka rosła mu na policzku tuż pod okiem, tworząc plamę większą niż zwykły pieprzyk, co najmniej dorównującą rozmiarami przeciętnej monecie; bardziej rzucała się w oczy aniżeli jakiekolwiek znamię, a z twarzą Freuda zlewała się tak samo naturalnie, jak mięczak ze skałą gdzieś w stanie Maine.

– To przez to, że mam taki wielki mózg – tłumaczył Freud rodzicom. – Jest taki duży, że na głowie brak miejsca dla włosów, więc z zazdrości wypuściły kępkę, gdzie nie powinny.

– Może to była niedźwiedzia sierść – rzekł kiedyś Frank z całą powagą, a Franny wrzasnęła i rzuciła mi się na szyję, aż przygryzłem sobie język.

– Słowo daję, Frank to takie dziwadło! – zawołała. – Frank, lepiej nam pokaż, gdzie tobie samemu wyrosła niedźwiedzia sierść!

Frank, biedaczysko, właśnie wkraczał w okres dojrzewania; dojrzewał przed czasem i bardzo się tego wstydził. Ale nawet Franny nie potrafiła nas wyrwać spod uroku opowieści o Freudzie i jego niedźwiedziu: ci dwaj zawładnęli nami tak samo jak naszymi rodzicami w lecie trzydziestego dziewiątego.

Ojciec opowiadał nam, że wieczorami odprowadzał czasem matkę do drzwi sypialni i całował na dobranoc. Jeśli Freud już spał, tata odpinał łańcuch, którym Stan Maine przykuty był do motocykla, zdejmował kaganiec niedźwiedziowi, żeby ten mógł swobodnie jeść, i zabierał go na ryby. Nad motocyklem wisiała niby namiot z podniesionymi ściankami nisko rozpięta plandeka, chroniąca niedźwiedzia od deszczu; ojciec trzymał swój sprzęt wędkarski na takie właśnie okazje zawinięty w róg tej płachty.

Tata i Stan Maine szli do przystani w Bay Point, przy której podskakiwało na falach mnóstwo łódek rybackich i kutrów do połowu homarów; po drodze mijali przystanie należące do hotelu i wreszcie siadali na skraju nabrzeża; tata łowił czarniaki na błystkę i jeszcze żywymi karmił zwierzę. Raz tylko się poróżnili. Ojciec zwykle łapał trzy albo cztery ryby, po czym obaj mieli dość i wracali do hotelu. Ale pewnego wieczoru czarniaki nie brały; gdy w ciągu godziny spławik ani drgnął, tata wstał, żeby zaprowadzić niedźwiedzia tam, gdzie czekał go łańcuch i kaganiec.

– Chodź – powiedział. – Dziś w morzu nie ma ryb.

Stan Maine nie chciał się ruszyć.

– No, chodź! – powtórzył ojciec. Lecz niedźwiedź samego też nie chciał go puścić.

– Żarł! – zaryczał z cicha. Ojciec usiadł i znów zarzucił wędkę.

– Żarł! – zrzędził co pewien czas Stan Maine. Ojciec zarzucał raz po raz, zmieniał błystki, imał się wszelkich sposobów. Gdyby zszedł na błotnisty brzeg i nakopał robaków, mógłby złowić flądrę na podborę, lecz ilekroć próbował się oddalić, Stan Maine zachowywał się nieprzyjaźnie. Ojciec już się zastanawiał, czy nie skoczyć do wody i nie wrócić wpław; mógłby się zakraść do sypialni i zbudzić Freuda, po czym we dwóch wróciliby po niedźwiedzia i pojmaliby go, wabiąc przyniesionym z hotelu jedzeniem. Po jakimś czasie wczuł się jednak w nastrój wieczoru i powiedział:

– Dobra. Ryb ci się zachciewa? No to złowimy rybę, do jasnej cholery!

Nieco przed świtem na nabrzeże przyszedł właściciel jednego z kutrów, zamierzając wypłynąć w morze. Chciał wyciągnąć pułapki z homarami, a na ich miejsce spuścić nowe, ze świeżą przynętą – którą miał, niestety, przy sobie. Stan Maine ją zwietrzył.

– Lepiej niech mu pan ją da – poradził ojciec.

– Żarł! – wtrącił Stan Maine. Rybak oddał mu całą przynętę.

– Zapłacimy panu – obiecał ojciec. – Przy pierwszej okazji.

– Już ja wiem, co miałbym ochotę zrobić przy pierwszej okazji – odparł tamten. – Najchętniej wsadziłbym tego niedźwiedzia do pułapki zamiast przynęty i popatrzył, jak go zżerają homary!

– Żarł! – powiedział Stan Maine.

– Nie radzę go drażnić – rzekł ojciec. Rybak przyznał mu rację.

Ja, ja, za mądry to ten niedźwiedź nie jest – powiedział Freud do ojca. – Mogłem cię właściwie uprzedzić. Miewa czasem dziwne zagrania, gdy chodzi o jedzenie. Drwale go przekarmiali. Żarł bez przerwy – byle co, aby tylko żreć. Teraz czasem ni stąd, ni zowąd a to strzeli mu do łba, że za mało jada, a to pić mu się zachce, a to jeszcze co innego. Pamiętaj, nigdy nie zabieraj się do jedzenia, póki jemu nie dasz. Bardzo tego nie lubi.

Toteż Stan Maine zawsze najadał się do syta przed występem, bo stoły przykryte obrusami z białego płótna uginały się pod brzemieniem przystawek, rzadkich ryb podanych na surowo i pieczonego mięsa. Gdyby zatem niedźwiedź był głodny, mogłyby wyniknąć kłopoty. Lecz Freud przed każdym popisem pozwalał mu się opchać, ile wlazło, więc przeżarty zwierz jechał na motocyklu najspokojniej w świecie, zrównoważony, wręcz znudzony, jakby nie miał potrzeb fizycznych – chyba żeby mu się zachciało grzmiąco beknąć albo opróżnić wielgachne niedźwiedzie kiszki.

– Numer z miśkiem jest głupi, a ja dokładam do interesu – powiedział kiedyś Freud. – Nie dla mnie ten farmazoński hotel. Tylko snoby tu przyjeżdżają. Powinienem przenieść się gdzieś, gdzie naród jest trochę bardziej toporny. Salon gry w bingo, a nie tylko dansing. Powinienem sobie dobrać takie więcej demokratyczne towarzycho. Moje miejsce jest tam, gdzie są walki psów, a publika się zakłada, który którego zagryzie, wiesz?

Ojciec nic nie wiedział, ale musiała go zdumieć nowina, że istnieją okolice dziksze niż Weirs koło Laconii, a nawet Hampton Beach. W takich miejscach więcej było pijaków i chętniej trwoniono pieniądze na honorarium dla niedźwiednika. Człowiek pokroju Freuda i niedźwiedź pokroju Stana Maine po prostu nie mieli szans u wyrafinowanej publiczności z „Arbuthnotu-Na-Przymorzu”, która przez to swoje wyrafinowanie nie umiała docenić nawet motocykla marki Indian, rocznik trzydziesty siódmy!

Lecz ojciec rozumiał, że Freud wcale nie rwie się w świat, popychany ambicją. Spędzał sobie całkiem niefrasobliwe lato w pensjonacie i tylko niedźwiedź nie okazał się taką znów żyłą złota. Freud chciał po prostu wymienić niedźwiedzia.

– Z takim głupim miśkiem – tłumaczył rodzicom – nie da się zgarnąć grubszej forsy, nawet próbować nie warto. A zresztą, jak się próbuje coś trafić w tych tańszych kurortach, to też są kłopoty, tylko że inne.

Matka wzięła ojca za rękę i ścisnęła ją ostrzegawczo; może wyczuła, że on już sobie wyobraża te „inne kłopoty” i „tańsze kurorty”. Ale ojciec myślał raczej o czesnym, które miał płacić na Harwardzie; podobał mu się motocykl marki Indian, podobał mu się niedźwiedź imieniem Stan Maine. Jak tata zauważył, Freud ani trochę się nie przykładał do tresury, Win Berry należał zaś do chłopców, którzy wierzą w siebie; syn Trenera Boba wyobrażał sobie, że podoła wszystkiemu, co tylko sobie wyobrazi.

Jeszcze niedawno zamierzał spędzić całe lato w pensjonacie, a jesienią pojechać do Cambridge, wynająć pokój i znaleźć pracę – może w Bostonie? Poznałby okolice uniwersytetu i postarałby się o posadę gdzieś w pobliżu, a gdy tylko uzbierałby dość pieniędzy na czesne, mógłby zacząć studia. Wyobrażał sobie, że w ten sposób może nawet uda mu się dorywczo pracować w trakcie nauki. Matce oczywiście podobał się ten plan, bo podróż z Bostonu do Dairy i z powrotem była drobnostką, a to dzięki kompanii kolejowej „Boston & Maine”, której pociągi kursowały regularnie. Już się mamie marzyło, jak to ojciec będzie do niej przyjeżdżał, żeby spędzać z nią długie weekendy – a może i ona raz na jakiś czas odwiedzi go w Cambridge albo w Bostonie (oczywiście z zachowaniem wszelkich zasad przyzwoitości)?

– A co ty właściwie wiesz o niedźwiedziach? – spytała. – Albo o motocyklach?

Nie podobał jej się także pomysł, że jeśli Freud nie zechce się wyrzec motocykla albo niedźwiedzia, ojciec może wraz z całą tą trójką objeżdżać obozowiska drwali. Win Berry był krzepkim chłopcem, ale nie miał w sobie nic wulgarnego, matka zaś wyobrażała sobie obozy drwali jako siedliska wulgarności, z których powróciłby nie ten sam – jeśliby w ogóle powrócił.

Płonne to były jednak obawy. Całe lato wraz z jego zakończeniem objął plan znacznie bardziej rozległy i nieuchronny niż te błahostki, które moi rodzice potrafili sobie wyobrazić jako najbliższą przyszłość. Wszystko, co się działo w letnich miesiącach trzydziestego dziewiątego roku, było nie mniej nieuniknione niż wojna europejska (tym bowiem mianem zaczęto ją wkrótce określać), toteż wszyscy troje – Freud, Mary Bates i Winslow Berry – płynęli z prądem lata równie beztrosko jak mewy miotane porywistymi prądami w ujściu rzeki Kennebec.

Zdarzyło się to pod koniec sierpnia. Matka podała gościom kolację i ledwo zdążyła się przebrać w dwukolorowe półbuty i długą spódnicę krokiecistki, gdy ojca wywołano z pokoju. Okazało się, że jest potrzebny do pomocy przy rannym. Przebiegł obok trawnika do krokieta, gdzie czekała na niego matka, trzymając na ramieniu drewniany młotek. Żarówki zawieszone na podobieństwo lampek choinkowych w gałęziach drzew zalewały trawnik światłem tak niesamowitym, że wyglądała – wedle słów ojca – „jak anioł z maczugą”.

– Zaraz wracam – powiedział ojciec. – Ktoś miał wypadek.

Matka pobiegła za nim. Popędzili wraz z paroma mężczyznami na przystań. Przy nabrzeżu stał wielki statek pałający światłem lamp. Słychać było puls jego maszyn. Na pokładzie grała orkiestra ze zbyt liczną sekcją blachy.

W słonym powietrzu odór spalin i ropy mieszał się z wonią owocowego miąższu. Pasażerom podano widocznie poncz z owocami w ogromnej wazie, oni zaś oblewali się trunkiem, a może chlustali nim na pokład. Przy samej krawędzi przystani jakiś mężczyzna leżał na boku i krwawił: wchodząc po drabince przystawionej do kei potknął się i rozharatał sobie policzek o słupek do cumowania.

Był to kawał chłopa. Księżyc omywał błękitnym światłem jego rumianą twarz; kiedy ktoś go dotknął, ranny natychmiast usiadł.

Scheiss! – zaklął.

Moi rodzice – świadkowie niejednego występu Freuda – wiedzieli, że po niemiecku znaczy to „gówno”. Paru krzepkich młodzieńców pomogło Niemcowi wstać. Miał on na sobie biały smoking – tak obszerny, że zmieściłoby się w nim dwóch mężczyzn – zalany imponującą ilością krwi; szeroki jedwabny pas w czarnym kolorze o niebieskawym odcieniu przypominał kotarę, a muszka tej samej barwy sterczała pionowo niczym skręcone śmigło. Ranny miał obwisłe policzki. Mocno zalatywało od niego owocowym ponczem. Kiedy ryknął na współpasażerów, z pokładu odpowiedział mu po niemiecku cały chór, a wysoka opalona kobieta w wieczorowej sukni zdobionej żółtymi koronkami czy może riuszą wspięła się po drabince na keję niby pantera w jedwabiach. Ranny uczepił się jej i tak ciężko się na niej oparł, że choć była krzepka i żwawa, zatoczyła się na mego ojca. Tata ją podtrzymał, a matka zauważyła, że tamta jest znacznie młodsza od swego towarzysza i podobnie jak on pochodzić musi z Niemiec; kobieta przemawiała do rannego łagodnie, jakby kwoktała, on zaś krwawił i wciąż obelżywie gestykulował w stronę chóru Niemców, nie ruszających się z pokładu. Rosła para zataczając się poszła wzdłuż kei, a po chwili skręciła w żwirowaną alejkę.

U wejścia do hotelu Niemka spojrzała na mego ojca i powściągając wrodzony akcent powiedziała:

– Pędzie poczepowal szwów, ja? Oczyfiździe macie tu lekasza.

– Zawołaj Freuda – szepnął ojcu kierownik zmiany.

– Szwy? – powiedział Freud. – Lekarz mieszka aż w Bath i rzadko kiedy bywa trzeźwy. Ale ja sam każdego dam radę pozszywać.

Kierownik zmiany pobiegł do budynku, w którym mieściły się sypialnie, i krzyknął:

– Wskakuj na motor i jedź po doktora Todda! Już my go otrzeźwimy. Tylko spiesz się, na miłość boską!

– To potrwa z godzinę, jeżeli go w ogóle znajdę – odparł Freud. – Przecież wiesz, że umiem zakładać szwy. Daj mi tylko jakieś ciuchy, żebym wyglądał jak trzeba.

– To nietypowa sprawa – rzekł kierownik zmiany. – Moim zdaniem to nietypowa sprawa. Freud, ten facet to Niemiec, a w dodatku ranę ma na twarzy.

Freud zdjął ubranie, obnażając dziobatą, oliwkową skórę, i zaczął przyczesywać wilgotne włosy.

– Ciuchy – zażądał. – Przynieście ciuchy i już. Z doktorem Toddem za dużo zawracania głowy.

– Freud, on ma skaleczoną twarz – powiedział ojciec.

– I co z tego? – spytał Freud. – Twarz to też tylko skóra, ja? Taka sama jak na rękach albo nogach. A ile ja już nóg zeszyłem! Ci drwale to tacy durnie. Jak się nie ciachną siekierą, to piłą.

Pozostali Niemcy taszczyli walizy i inne ciężkie bagaże najkrótszą drogą od przystani do hotelu, wiodącą przez trawnik wokół osiemnastego dołka na polu golfowym.

– A to dopiero świnie – powiedział Freud. – Narobią dziur i piłeczki będą w nich potem utykać.

Do pokoju Freuda przyszedł starszy kelner. Freud miał najlepszą sypialnię w budynku dla mężczyzn – nikt nie wiedział, w jaki sposób ją sobie załatwił. Starszy kelner zaczął się rozbierać.

– Wszystko prócz marynarki, głąbie jeden – pouczył go Freud. – Lekarze nie noszą takich marynarek jak kelnerzy.

Ojciec miał czarny smoking, mniej więcej pasujący do czarnych spodni starszego kelnera. Przyniósł go Freudowi.

– Mówiłem im tysiące razy – rzekł starszy kelner władczym tonem, dziwnie brzmiącym w ustach nagusa – że w hotelu powinien stale mieszkać lekarz.

Freud całkiem się ubrał i oświadczył:

– Przecież mieszka.

Kierownik zmiany pobiegł przed nim do głównego budynku. Ojciec patrzył, jak starszy kelner z bezradną miną przygląda się porzuconemu ubraniu Freuda. Było niezbyt czyste i mocno cuchnęło Stanem Maine; starszy kelner najwyraźniej nie miał ochoty go wkładać. Ojciec wybiegł na dwór, żeby dogonić Freuda.

Niemcy dotarli już na podjazd przed wejściem do hotelu i właśnie ze zgrzytem pchali po żwirze ciężki kufer; cóż, rano ktoś będzie musiał przegrabić żwir, żeby go wyrównać.

– Sluszpy nie ma w tym hotelu, dży dzo? – wrzasnął któryś.

Na nieskazitelnej ladzie w kredensie łączącym kuchnię z główną jadalnią leżał rosły Niemiec z rozpłatanym policzkiem, blady i bezwładny jak trup; głowę podparto mu jego własnym zwiniętym smokingiem, który nigdy już nie miał być biały; ciemna muszka przypominająca śmigło obwisła na podgardlu rannego, a szeroki jedwabny pas wydymał się, unoszony oddechem.

– Topry doktor? – spytał Niemiec kierownika zmiany. Młoda olbrzymka w sukni z żółtą riuszą trzymała rannego za rękę.

– Znakomity – uspokoił Niemca kierownik.

– Szwy to jego specjalność – dodał ojciec. Matka trzymała go za rękę.

– Coś nie za bardzo cyfilisofany ten hotel – zauważył Niemiec.

– Przecież to supełna dzidż – powiedziała opalona atletka, zaraz jednak się roześmiała, odbierając własnemu oświadczeniu wszelką powagę. – Ale ta rana chyba nichts groźna – dodała, zwracając się do moich rodziców i do kierownika zmiany. – Fienc chyba i doktor nie musi być za topry.

– Byle nie Szyt – zastrzegł się Niemiec. Zakasłał. Nikt nie zauważył Freuda, który przyszedł już do kredensu i bezskutecznie usiłował nawlec igłę.

– Na pewno nie Szyt – rzekła ze śmiechem opalona księżniczka. – Oni tu w Maine nie mają Szytów!

Kiedy ujrzała Freuda, nie była już taka pewna.

Guten Abend, meine Dame und Herr – powiedział Freud. – Was ist los?

Zdaniem ojca Freud w czarnym smokingu wyglądał jak ostatni kurdupel, w dodatku oszpecony bliznami po czyrakach, natychmiast więc budziło się podejrzenie, że skradł ubranie, i to co najmniej dwóm osobom. Był czarny od stóp do głów, aż po najbardziej rzucający się w oczy instrument medyczny: szpulkę czarnych nici, którą trzymał w palcach, osłoniętych rękawicami z szarej gumy, pożyczonymi od pomywaczek. Najlepsza igła, jaką udało się znaleźć w hotelowej pralni, w jego drobnej dłoni wydawała się nieproporcjonalnie wielka, jakby w pośpiechu chwycił jedną z igieł do szycia żagli. Może zresztą tak było.

Herr Doktor? – spytał Niemiec, blednąc. Wszystkim się wydało, że krwotok natychmiast ustał.

Herr Doktor Professor Freud – przedstawił się Freud. Podszedł do Niemca i łypnął okiem na skaleczenie.

– Freud? – upewniła się kobieta.

Ja, ja – przytaknął Freud.

Kiedy chlusnął na ranę pierwszą małpką whisky, alkohol spłynął Niemcowi do oczu.

– Aj! – powiedział Freud.

– Oszleplem! Oszleplem! – jął zawodzić Niemiec.

Nein, wcale żeś pan nie oślepł – odparł Freud – ale trzeba było zamknąć oczy.

Wylał na ranę jeszcze jedną szklaneczkę whisky i wziął się do dzieła.

Rano kierownik poprosił Freuda, żeby odłożył swój występ ze Stanem Maine do wyjazdu Niemców, którzy mieli wyruszyć, gdy tylko na ich ogromny statek zostaną załadowane pokaźne zapasy żywności. Freud nie chciał dłużej paradować w przebraniu lekarza; uparł się majstrować przy motocyklu, Niemiec zastał go więc w stroju mechanika. Motocykl stał za kortami tenisowymi, od strony morza – nie tak, żeby w ogóle nie było go widać z przyległych do hotelu trawników i boisk, trochę jednak na uboczu, dyskretnie. Pacjent, któremu ogromna twarz straszliwie spuchła pod bandażem, ostrożnie podszedł do Freuda, jakby w obawie, że drobniutki mechanik dłubiący przy motocyklu okaże się groźnym bliźniakiem tego, kto nocą przedstawił się jako „Herr Doktor Professor”.

Nein, to ten sam – powiedziała opalona kobieta, uwieszona u ramienia Niemca.

– Co też doktor Szyt naprawia z samego rana? – spytał Niemiec.

– To moje hobby – odparł Freud, nie podnosząc głowy. Ojciec, który niby asystent chirurga podawał mu narzędzia, mocniej ścisnął w garści klucz francuski.

Niemcy nie zauważyli niedźwiedzia. Stan Maine czochrał się o ogrodzenie kortu tenisowego: z rozmachem tarł grzbietem o metalową siatkę, stękając pod nosem i kołysząc się w rytmie cokolwiek onanistycznym. Matka dla wygody zdjęła mu kaganiec.

– Nigdy nie slyszalem o takim motodzyklu – rzekł Niemiec krytycznym tonem. – To jakiś grat, ja? Co znaczy Indian? Pierwsze słyszę.

– Warto, żeby się pan przejechał – powiedział Freud. – Masz pan chęć spróbować?

Niemka nie była pewna, czy to dobry pomysł – sama nie miała najmniejszej ochoty na przejażdżkę – ale Niemca wyraźnie korciło. Stojąc tuż przy maszynie dotknął baku, przesunął dłonią po lince sprzęgła i pogładził gałkę przekładni biegów. Złapał za umieszczoną przy kierownicy rączkę dławika i ostro nią zakręcił. Pomacał miękką gumową rurkę, doprowadzającą paliwo do gaźnika; wśród całej tej masy żelastwa wyglądała jak jakiś niesłychanie ważny narząd, odsłonięty podczas operacji. Nie prosząc Freuda o zgodę otworzył zawór gaźnika, popstrykał, po czym wytarł o siodełko palce zmoczone benzyną.

Herr Doktor nie ma nichts przeciwko? – zapytał.

– Nie, skąd – powiedział Freud. – Zrób pan sobie kółko.

Takie właśnie było to lato trzydziestego dziewiątego roku: ojciec z góry przewidział zakończenie, ale w żaden sposób nie mógł zainterweniować.

– Nic nie mogłem zrobić – mówił nam. – To, co się miało stać, nadciągało nieubłaganie jak wojna.

Matka stała przy siatce otaczającej kort; zobaczyła, że Niemiec wsiada na motor. Pomyślała, że lepiej będzie z powrotem włożyć Stanowi Maine kaganiec, ale zwierz niecierpliwie potrząsnął łbem i zaczął jeszcze mocniej się czochrać.

– Zwykly rozrusznik noszny, ja? – upewnił się Niemiec.

– Daj mu pan kopa, to zaraz ruszy – powiedział Freud. Kiedy on i ojciec odsunęli się od motocykla, młodą Niemkę coś jakby nagle tknęło, bo też się cofnęła.

– Raz kosie śmierdź! – zawołał Niemiec i kopnął rozrusznik.

Ledwo silnik zaskoczył, nim jeszcze Niemiec zdążył po raz pierwszy zakręcić manetką, niedźwiedź stanął na dwóch łapach, oparty o siatkę, i jeżąc gęste, szorstkie futro na piersi spojrzał ponad środkowym kortem w stronę motocykla marki Indian, który dokądś się wybierał bez niego. Kiedy Niemiec wrzucił bieg i trochę nieśmiało ruszył po trawniku do najbliższej żwirowanej alejki, Stan Maine opadł na cztery łapy i zaszarżował. Rozpędził się na dobre, zanim jeszcze przeciął środkowy kort, przerywając debla: rakiety powypadały graczom z rąk, piłki rozsypały się po ziemi, a zawodnik grający przy siatce wczepił się w nią i zamknął oczy, gdy niedźwiedź przemknął obok jak burza.

– Żarł! – zawołał Stan Maine, ale Niemiec nie usłyszał, ogłuszony rykiem motoru.

Za to Niemka usłyszała. Wraz z ojcem i Freudem odwróciła się, podążając za dźwiękiem, i zobaczyła niedźwiedzia.

Gott! Co za dzidż! – zawołała i mdlejąc runęła w bok, prosto na mego ojca, który złapał ją zapaśniczym chwytem i delikatnie opuścił na murawę.

Niemiec nie zdążył się zorientować w topografii, nim zauważył, że ściga go niedźwiedź; nie był pewien, gdzie jest szosa: gdyby się na nią wydostał, oczywiście umknąłby drapieżcy, lecz w labiryncie wąskich ścieżek i alejek wśród miękkich trawników i boisk hotelowego parku nie mógł się wystarczająco rozpędzić.

– Żarł! – ryczał Stan Maine. Niemiec skręcił raptownie w stronę namiotów, w których właśnie nakrywano stoły, było bowiem tuż przed lunchem. Po niecałych dwudziestu pięciu metrach niedźwiedź dopadł motocykla i zaczął się niezgrabnie gramolić na tylne siodełko, jak gdyby pojął wreszcie freudowe nauki i postanowił dopilnować, żeby popisowy numer wykonano bezbłędnie.

Tym razem Niemiec nie dał się pozszywać Freudowi, który zresztą sam przyznał, że byłaby to dla niego za duża robota.

– Ale siekanina – rzekł do ojca. – Taka kupa szwów to nie na moje nerwy. Szyłbym i szył, a on bez przerwy by się darł. Nie wytrzymałbym tych jego wrzasków.

Ludzie ze straży przybrzeżnej przewieźli więc Niemca do szpitala w Bath. Stana Maine ukryto w pralni, żeby podtrzymać mit o „dzikim niedźwiedziu”.

– Wyszedł z pużdży – powiedziała Niemka, gdy ją docucono. – Fidocznie go zlościl halas motodzykla.

– To była niedźwiedzica z młodymi – objaśnił Freud. – O tej porze roku bywają sehr zdradliwe.

Wiedział jednak, że dyrekcja hotelu nie pozwoli mu się tak łatwo wyłgać.

– Wyjeżdżam, bo nie chcę znowu z nim rozmawiać – oznajmił ojcu i matce. Oboje wiedzieli, że ma na myśli właściciela pensjonatu, czyli człowieka w białym smokingu, pojawiającego się niekiedy przed ostatnim tańcem. – Już słyszę, jak mówi, ważniak jeden: „No, Freud, zdawałeś sobie sprawę z ryzyka. Przecież wszystko omówiliśmy. Ja się zgodziłem na to zwierzę, a ty się zgodziłeś wziąć za nie odpowiedzialność”. A jeżeli mi jeszcze powie, jakie to niby mam szczęście, że będąc Żydem wylądowałem w tej jego pierdolonej Ameryce, to poszczuję Stana Maine, żeby go zeżarł! Obejdę się bez niego i bez tych jego farmazońskich papierosów. Na diabła mi taki hotel!

Niedźwiedź, zdenerwowany, że go zamknięto w pralni, a w dodatku zaniepokojony widokiem Freuda – który poczekał tylko, aż jego ubranie się upierze, i zapakował jeszcze mokre – zaczął mruczeć pod nosem.

– Żarł! – wymamrotał.

– Zamknij się! – wrzasnął Freud. – Na diabła mi taki niedźwiedź?!

– Wszystko przeze mnie – pokajała się matka. – Niepotrzebnie mu zdjęłam kaganiec.

– Drobiazg – odparł Freud. – To były miłosne ukąszenia i tyle. Najgorzej bydlak pazurami poharatał tego skurwiela.

– Gdyby Niemiec nie ciągnął go za kudły – wtrącił ojciec – chybaby się aż tak źle nie skończyło.

– Jasne! – przytaknął Freud. – Kto lubi, jak go ciągną za kudły?

– Żarł! – poskarżył się Stan Maine.

– Właściwie powinieneś się nazywać Żarł – zwrócił się do niego Freud. – Jesteś taki głupi, że w kółko tylko to jedno powtarzasz.

– Ale jakie właściwie masz plany? – spytał ojciec. – Dokąd możesz pojechać?

– Wracam do Europy – powiedział Freud. – Tam są mądre niedźwiedzie.

– Owszem, ale są i hitlerowcy – rzekł ojciec.

– Sram na nich, bylebym miał mądrego niedźwiedzia.

– Zaopiekuję się Stanem Maine – obiecał ojciec.

– Stać cię na więcej – powiedział Freud. – Możesz go ode mnie kupić. Dwieście dolarów i co tam masz z ubrania. Wszystkie moje ciuchy są mokre! – krzyknął, rzucając je na podłogę.

– Żarł! – wtrącił strapiony niedźwiedź.

– Licz się ze słowami, Żarł – zwrócił mu uwagę Freud.

– Dwieście dolarów? – upewniła się matka.

– To wszystko, co tu do tej pory zarobiłem – powiedział ojciec.

– Wiem, ile zarobiłeś, i właśnie dlatego nie żądam więcej. Oczywiście wliczam w to motocykl. Chyba sam rozumiesz, dlaczego motor też będzie ci potrzebny? Stan Maine za nic nie wsiądzie do samochodu, bo w czasie jazdy zawsze rzyga. Raz jeden drwal uwiązał go na łańcuchu w furgonetce. Widziałem na własne oczy, jak ten durny niedźwiedź wyrwał z zawiasów tylną klapę, zbił szybę w okienku za szoferką i zmaltretował kierowcę. Więc chociaż ty nie bądź durniem. Kup motor.

– Dwieście dolarów – powtórzył ojciec.

– Chodźmy po twoje ciuchy – powiedział Freud. Swoje własne, mokre, zostawił w pralni na podłodze. Niedźwiedź chciał też pójść do pokoju ojca, ale Freud kazał matce wyprowadzić go na dwór i uwiązać do motocykla.

– Biedak się denerwuje, bo wie, że wyjeżdżasz – zauważyła matka.

– Nie, on tylko tęskni za motocyklem – rzekł Freud, ale pozwolił, żeby niedźwiedź też poszedł na górę, chociaż dyrekcja hotelu wyraźnie tego zabroniła.

– Co mnie teraz obchodzą ichnie przepisy? – powiedział, przymierzając ubranie ojca. Matka stała w holu, rozglądając się na wszystkie strony, bo do męskich sypialń nie tylko niedźwiedzie, ale i kobiety nie miały wstępu.

– Wszystkie moje rzeczy są na ciebie za duże – rzekł ojciec, kiedy Freud się ubrał.

– Ja jeszcze rosnę – odparł Freud, choć musiał już być po czterdziestce. – Gdybym dawniej miał ciuchy jak należy, byłbym teraz większy.

Ubrał się w trzy pary spodni od garniturów mojego ojca, wkładając jedne na drugie; do tego dwie marynarki z kieszeniami wypchanymi bielizną i skarpetkami; trzecią marynarkę przewiesił przez ramię.

– Po co sobie zawracać głowę walizkami? – powiedział.

– Ale jak się dostaniesz do Europy? – spytała z holu matka.

– Przez Atlantyk – wyjaśnił. – Chodź no tu – rzekł do niej; wziął rodziców za ręce i je połączył. – Jesteście jeszcze smarkaci, więc słuchajcie, co wam powiem: kochacie się. Niech to będzie wyjściowe założenie, ja?

Rodzice nigdy wprawdzie nie czynili sobie takich wyznań, ale teraz, gdy Freud trzymał ich za ręce, skinęli głowami.

– Dobra – powiedział Freud. – Wynikają z niego trzy rzeczy. Obiecujecie je wykonać?

– Ja się zgadzam – rzekł ojciec.

– Ja też – powiedziała matka.

– Dobra – ciągnął Freud. – Po pierwsze, macie się pobrać, i to zaraz, nim jakieś głąby i kurwy wybiją wam to z głów. Jasne? Pobierzecie się, chociaż będzie was to co nieco kosztowało.

– Tak – zgodzili się rodzice.

– Po drugie – ciągnął Freud, patrząc tym razem tylko na ojca – pójdziesz na Harward, chociaż będzie to cię co nieco kosztowało. Obiecaj.

– Ale przecież mam się żenić – powiedział ojciec.

– Chyba mówię wyraźnie, że to cię będzie kosztowało, nie? – spytał Freud. – Obiecaj, że pójdziesz na Harward. Korzystaj z każdej okazji, jaka ci się trafia na tym świecie, choćby miało ich być chwilami za wiele, bo pewnego dnia okazje się kończą, wiesz?

– Zresztą ja też chcę, żebyś poszedł na Harward – wtrąciła matka.

– Chociaż będzie mnie to co nieco kosztowało – rzekł ojciec, ale zgodził się pójść na studia.

– Zbliżamy się do punktu trzeciego – powiedział Freud. – Gotowi?

Stanął twarzą do matki, a dłoń ojca puścił, wręcz odepchnął, więc już tylko matkę trzymał za rękę.

– Wybacz mu – rzekł do niej. – Chociaż będzie to cię co nieco kosztowało.

– Niby co miałaby mi wybaczyć? – spytał ojciec.

– Wybacz mu, i tyle – powtórzył Freud, patrząc tylko na matkę. Wzruszyła ramionami

– A ty! – zwrócił się Freud do Stana Maine, który węszył pod łóżkiem ojca. Znalazł tam piłkę tenisową i wziął ją w pysk.

– Grdyk! – powiedział zaskoczony niedźwiedź i wypluł piłkę.

– Ty – ciągnął Freud, zwracając się do niego – doceń wreszcie kiedyś to dobrodziejstwo, że cię wyzwolono z obrzydliwego świata przyrody!

I to było wszystko. Ślub, a zarazem błogosławieństwo, jak twierdziła matka. Dobre, staroświeckie nabożeństwo w obrządku żydowskim, jak twierdził ojciec; Żydzi wydawali mu się nie mniej tajemniczy niż Chiny, Indie, Afryka – słowem, wszystkie egzotyczne krainy, do których nigdy nie dotarł.

Ojciec przywiązał niedźwiedzia do motocykla. Kiedy rodzice całowali się z Freudem na pożegnanie, Stan Maine usiłował wepchnąć się w środek.

– Uwaga! – zawołał Freud. Odskoczyli w popłochu. – Myślał, że coś jemy – wyjaśnił Freud. – Uważajcie przy nim z całowaniem. On się na tym nie zna. Jak ludzie się całują, zawsze myśli, że coś jedzą.

– Żarł! – wtrącił niedźwiedź.

– I jeszcze jedno dla mnie zróbcie, bardzo was proszę. Mówcie na niego Żarł. On to w kółko powtarza, a Stan Maine to takie głupie imię.

– Żarł? – spytała matka.

– Żarł! – powtórzył za nią niedźwiedź.

– Dobra – zgodził się ojciec. – Niech mu będzie Żarł.

– Do widzenia, Żarł – powiedział Freud. – Auf Wiedersehen.

Rodzice jeszcze przez długi czas patrzyli na Freuda, czekając na nabrzeżu w Bay Point, aż trafi się statek do Boothbay; kiedy wreszcie zabrał go kuter do połowu homarów, mieli takie wrażenie, jakby Freud wybierał się na nim do samej Europy, przez cały mroczny ocean – chociaż wiedzieli, że w Boothbay wsiądzie na większy statek. Patrzyli w ślad za kutrem, który terkotał i podskakiwał wśród fal, póki nie zmalał do rozmiarów rybitwy, może nawet brodźca; wtedy jednak nie było już słychać silnika.

– No i co, czy właśnie tamtej nocy pierwszy raz wzięliście się do roboty? – pytała zawsze Franny.

– Franny! – mówiła matka.

– Przecież czuliście się jak po ślubie – przypominała jej Franny.

– Mniejsza o to, kiedy był pierwszy raz – mówił ojciec.

– Ale wzięliście się do roboty, tak? – nie dawała za wygraną Franny.

– Mniejsza o to – wtrącał Frank.

– Nie gra roli, kiedy – stwierdzała nasza dziwna Lilly.

I miała rację: rzeczywiście nie grało roli, kiedy to zrobili. Nasi rodzice zostawili za sobą lato trzydziestego dziewiątego roku i hotel „Arbuthnot”, zakochani i – w swoim pojęciu – zaślubieni. Bądź co bądź obiecali przecież Freudowi, że się pobiorą. Mieli jego motocykl marki Indian rocznik trzydziesty siódmy i niedźwiedzia, który od pewnego czasu wabił się Żarł. Wróciwszy do Dairy w stanie New Hampshire najpierw zajechali przed dom rodziny Batesów.

– Mary wróciła! – zawołała matka mojej matki.

– Na czym ona siedzi? Co to znowu za maszyna? – spytał stary Latin Emeritus. – Z kim przyjechała?

– Z Winem Berry, na motocyklu! – odparła matka mojej matki.

– Nie, ja nie o tym! – rzekł Latin Emeritus. – Pytam o tego drugiego!

Starzec wpatrywał się w postać skuloną w przyczepie.

– To pewnie Trener Bob – powiedziała matka mojej matki.

– Ten kretyn! – rzekł Latin Emeritus. – Do diabła, co on ma na sobie w tę pogodę? Czy oni tam w Iowie nie umieją się ubierać?

– Win Berry i ja bierzemy ślub! – oświadczyła moja matka, gdy tylko wbiegła po schodkach. – To jego motocykl. Win będzie studiował na Harwardzie. A to... to jest Żarł.

Trener Bob okazał więcej zrozumienia. Żarł od razu mu się spodobał.

– Ciekawe, ile by wycisnął w leżeniu? – zastanawiał się dawny liniowy z ekstraklasy. – Ale czy nie można by mu przyciąć paznokci?

Brać ślub po raz drugi wydawało się czystą głupotą; ojciec uważał, że obrządek odprawiony przez Freuda w zupełności wystarczy. Rodzina matki nalegała jednak, żeby moim rodzicom udzielił ślubu ten sam pastor kongregacjonalistów, który poszedł z mamą na bal maturalny; tak też się stało. Ślub był skromny, bez żadnej pompy; Trener Bob wystąpił w roli drużby, a Latin Emeritus odprowadził córkę do ołtarza i tylko chwilami ni stąd, ni zowąd zaczynał bełkotać po łacinie; matka mojej matki płakała, wiedząc aż nazbyt dobrze, że Win Berry nie będzie tym harwardczykiem, który porwie Mary Bates do Bostonu – przynajmniej nie od razu. Żarł przez cały czas siedział w przyczepie motocykla, spacyfikowany krakersami i śledziami.

Rodzice wybrali się – tylko we dwoje – w króciutką podróż poślubną.

– Ale wtedy to już na pewno wzięliście się do roboty! – wołała Franny, lecz chyba się myliła: rodzice nigdzie nie zatrzymali się na noc. Wczesnym rankiem wsiedli w pociąg do Bostonu, a potem spacerowali po Cambridge, wyobrażając sobie, jak to pewnego dnia tam zamieszkają, a ojciec zacznie studia na Harwardzie. Wrócili do New Hampshire nocnym pociągiem i o świcie byli na miejscu. Za pierwsze łoże małżeńskie musiało im więc posłużyć wąskie łóżko w panieńskim pokoju mojej matki pod dachem Latina Emeritusa – gdzie zresztą matka będzie dalej mieszkała, gdy ojciec wyruszy na zdobycie fortuny, żeby opłacić czesne.

Trener Bob żałował, że Żarł wyjeżdża. W jego przekonaniu niedźwiedzia dałoby się nauczyć gry na pozycji obrońcy, ale ojciec mu wytłumaczył, że zwierzak musi zarobić na utrzymanie nowo powstałej rodziny i opłacenie studiów. Toteż pewnego wieczoru (po zajęciu Polski przez hitlerowców), gdy w powietrzu czuło się pierwsze uszczypnięcia jesieni, matka ucałowała ojca na pożegnanie; działo się to na boisku Szkoły Dairy, ciągnącym się aż do drzwi kuchennych Boba z Iowy.

– Opiekuj się swoimi rodzicami – powiedział ojciec – a ja niedługo wrócę i zaopiekuję się tobą.

– Brrr! – wzdrygała się zawsze Franny, wyprowadzona z równowagi tym epizodem. Nie wierzyła, że rodzice właśnie tak się pożegnali. Lilly też się wzdrygała i robiła miny.

– Zamknij się i słuchaj dalej – mówił Frank.

Ponieważ jestem mniej przemądrzały niż moje rodzeństwo, z łatwością sobie wyobrażałem, jak rodzice się całują: otóż całowali się ostrożnie; Trener Bob na pewno wciągnął niedźwiedzia w jakąś zabawę, bo jeszcze Żarł by pomyślał, że coś jedzą i nie chcą się z nim podzielić. Całować się przy tym zwierzaku zawsze było trochę niebezpiecznie.

Matka wyznała nam, że nigdy nie wątpiła w wierność swego męża, bo gdyby ojciec pocałował inną, niedźwiedź by go zmasakrował.

– A byłeś wierny? – pytała Franny, okropna jak zwykle.

– No jasne – odpowiadał ojciec.

– Jeszcze jak – mówiła Franny. Lilly robiła niespokojną minę, a Frank umykał spojrzeniem.

Nastała więc jesień trzydziestego dziewiątego roku. Matka nawet nie wiedziała, że jest już w ciąży. Dzieckiem, które miało się urodzić, był Frank. Ojciec jeździł motocyklem po wschodnim wybrzeżu; badając koloryt nadmorskich hoteli – brzmienie big-bandów, publiczność salonów gry w bingo, kasyna – z upływem pór roku zapuszczał się coraz dalej na południe. Wiosną czterdziestego roku narodziny Franka zastały go w Teksasie; on i Żarł odbywali właśnie trasę z Orkiestrą Dętą Samotnej Gwiazdy. W Teksasie podobały się niedźwiedzie, ale w Fort Worth jakiś pijak próbował ukraść motocykl nie wiedząc, że Żarł sypia uwiązany do niego na łańcuchu. Zgodnie z prawem stanowym ojciec musiał zapłacić za leczenie szpitalne niedoszłego złodzieja, a potem jeszcze bardziej nadwerężył oszczędności, żeby przez pół Stanów dojechać na Wschód i powitać pierworodnego.

Kiedy wrócił do Dairy, matka była jeszcze w szpitalu. Wybrali to a nie inne imię dla chłopca, bo ojciec postanowił, że on i matka wobec siebie i reszty rodziny zawsze będą szczerzy, a Frank znaczy właśnie „szczery”.

– Brrr! – powtarzała Franny, ale Frank był nawet dumny, że ma imię o takiej etymologii.

Ojciec został w Dairy akurat dość długo, żeby matka zdążyła znów zajść w ciążę. Zaraz potem wyjechał z Żarłem do Virginia Beach, a stamtąd do Północnej i Południowej Karoliny. Czwartego lipca wyrzucono ich z Falmouth na Cape Cod i wkrótce potem wylądowali w Dairy, żeby przy matce dojść do siebie po katastrofie: podczas defilady w Święto Niepodległości motocykl Indian rocznik trzydziesty siódmy zgubił łożysko i Żarł dostał amoku, kiedy jakiś strażak z Buzzards Bay próbował pomóc ojcu uruchomić niedomagającą maszynę. Strażakowi towarzyszyły niestety dwa dalmatyńczyki: rasa ta nie słynie z inteligencji, a ci akurat jej przedstawiciele bynajmniej nie zadali kłamu takiej reputacji – psy zaatakowały niedźwiedzia siedzącego w przyczepie. Żarł jednego gładko wymiśkował, drugiego zaś pogonił między maszerujące szeregi reprezentacji Osterville w baseballu mężczyzn, tam bowiem głupi pies szukał schronienia. Defilada poszła w rozsypkę, okryty żałobą strażak z Buzzards Bay odmówił dalszej pomocy przy naprawie motocykla, a szeryf miasta Falmouth ciupasem odstawił obu winowajców do granicy swego obwodu. Żarł nie jeździł samochodami, konwojowanie go okazało się więc niesłychanie żmudne, bo przez cały czas siedział w przyczepie motocykla, który trzeba było holować. Minęło pięć dni, nim ojciec skompletował brakujące części.

Co gorsza, Żarł rozsmakował się w psach. Trener Bob usiłował wybić mu z głowy to upodobanie do masakry, ćwicząc z nim inne sporty: aportowanie piłek, przewroty w przód, a nawet siady z leżenia, Żarł osiągnął już jednak wiek starczy, a opatrzność nie dała mu tej wiary w dobroczynny wpływ intensywnych ćwiczeń fizycznych, którą opętany był Bob z Iowy. Niedźwiedź zdążył się przekonać, że psy można mordować bez biegania; jeśli tylko wykazał odrobinę chytrości – tej zaś mu nie brakowało – same do niego przychodziły.

– A wtedy szast, prast, i po krzyku – mawiał Trener Bob. – Psiakrew, ale byłby z niego bramkarz!

Ojciec przeważnie trzymał więc Żarła uwiązanego na łańcuchu i starał się pilnować, żeby zwierz miał na pysku kaganiec. Matka twierdziła wprawdzie, że Żarł jest przygnębiony, że popada w coraz głębszą melancholię, lecz ojciec był zupełnie innego zdania.

– Myśli o psach, i tyle – mawiał. – Kiedy jest uwiązany do motocykla, niczego mu nie brak.

Latem czterdziestego roku ojciec mieszkał w domu Batesów w Dairy, a wieczorami występował z Żarłem w Hampton Beach. Wyćwiczył z niedźwiedziem nowy numer. Nosił on tytuł „Szukam pracy” i miał tę dodatkową zaletę, że motocykl tak się przy nim nie niszczył.

W Hampton Beach Żarł i ojciec występowali na estradzie pod gołym niebem. Kiedy zapalały się światła, niedźwiedź już siedział w fotelu; miał na sobie stary garnitur Trenera Boba, gruntownie przerobiony. Gdy cichł śmiech, na scenę wchodził ojciec z kartką w ręku.

– Nazwisko? – pytał.

– Żarł! – odpowiadał Żarł.

– Tak, Żarł, rozumiem – mówił ojciec. – A więc szukasz pracy, Żarł?

– Żarł!

– Dobra, wiem już, że się nazywasz Żarł, ale szukasz pracy, tak? Sęk w tym, że – jak wynika z kwestionariusza – nie umiesz pisać na maszynie, nie umiesz nawet czytać... tak tu jest napisane... a w dodatku zdrowo popijasz.

– Żarł – przytakiwał Żarł.

Z widowni czasem rzucano w niego owocami, ale ojciec przed występem zawsze karmił go do syta; publika w Hampton Beach była inna niż ta, którą pamiętał z „Arbuthnotu-Na-Przymorzu”.

– No, jeżeli nic nie umiesz powiedzieć, tylko w kółko powtarzasz własne nazwisko – mówił – to zaryzykuję stwierdzenie, że albo już się upiłeś, albo jesteś taki głupi, że nawet byś się sam nie umiał rozebrać.

Żarł milczał.

– No? – nalegał ojciec. – Zobaczymy, czy umiesz się rozebrać. Dalej, ściągaj ubranie. No, rusz się!

Wyciągał niedźwiedziowi fotel spod siedzenia. Żarł robił fikołka, tak jak go nauczył Trener Bob.

– Aha, umiesz zrobić przewrót – stwierdzał ojciec. – Też mi wyczyn. Ubranie, Żarł. Pokaż, jak zdejmujesz ubranie.

Sam nie wiem czemu, ale trochę to jednak głupio, kiedy cały tłum ludzi patrzy, jak niedźwiedź się rozbiera; matka nie cierpiała tego numeru, w którym Żarła wystawiano na pośmiewisko nieokrzesanej, grubiańskiej hałastry; twierdziła, że niczym sobie na to nie zasłużył. Ojciec musiał mu zwykle pomagać przy zdejmowaniu krawata; bez tej pomocy niedźwiedź doprowadzony do rozpaczy niepowodzeniem darł krawat na strzępy.

– Widzę, Żarł, że się nie patyczkujesz z krawatami – mawiał w takich razach ojciec, ku zachwytowi publiczności z Hampton Beach.

Kiedy Żarł już się rozebrał, tata mówił:

– No, dalej. Czemu przerwałeś? Ściągaj ten niedźwiedzi kostium.

– Żarł? – pytał niedźwiedź.

– Ściągaj niedźwiedzi kostium, mówię – powtarzał ojciec i leciutko pociągał Żarła za futro.

– Żarł! – ryczał Żarł, a przerażona publiczność wrzeszczała.

– O Boże, to ty jesteś prawdziwy niedźwiedź! – wołał ojciec.

– Żarł! – ryczał Żarł ile sił w płucach i zaczynał gonić go wokół fotela; połowa publiczności uciekała w mrok, niektórzy brnęli przez miękki piasek plaży aż nad wodę, a jeszcze inni rzucali w stronę estrady owocami i papierowymi kubkami z letnim piwem.

Nieco subtelniejszy popis – subtelniejszy zwłaszcza wobec Żarła – dawano raz na tydzień w kasynie w Hampton Beach. Matka, dzięki której niedźwiedź nabrał nieco poloru jako tancerz, na otwarcie wieczoru robiła z nim przy dźwiękach big-bandu rundę wokół pustego parkietu; inne pary otaczały ich ciasnym kręgiem i patrzyły ze zdumieniem, jak przysadzisty, zgarbiony niedźwiedź w garniturze po Bobie z Iowy ze zdumiewającym wdziękiem sunie na zadnich łapach za moją matką, która prowadzi w tańcu.

W te wieczory Trener Bob zastępował Frankowi niańkę. Matka, ojciec i Żarł wracali na motocyklu drogą wzdłuż wybrzeża; w Rye, gdzie mieszkali zamożni ludzie, przystawali, żeby popatrzeć na spienione morze; fale, które w tym miejscu zalewały brzeg, powszechnie nazywano „grzywaczami”. Wybrzeże w Hampton Beach miało wygląd bardziej cywilizowany, choć zarazem bardziej obskurny niż w Maine, ale fosforyzujące grzywacze musiały rodzicom przypominać wieczory w „Arbuthnocie”. Opowiadali nam, że wracając do Dairy zawsze robili krótki postój w Rye.

Pewnej nocy Żarł uparł się, żeby tam zostać.

– Myśli, że go zabrałem na ryby – powiedział ojciec. – Popatrz, Żarł. Nie mam sprzętu. Ani przynęty, ani błystki, ani nawet wędki, ty głupku.

Mówiąc to, pokazywał niedźwiedziowi puste ręce; Żarł zrobił zdezorientowaną minę; rodzice zrozumieli, że jest prawie ślepy. Jakoś wybili mu z głowy wędkowanie i zabrali go do domu.

– Jak to się stało, że tak się postarzał? – spytała matka.

– Już nawet sika do przyczepy – powiedział ojciec.

Matka była w mocno zaawansowanej ciąży (tym razem miała się urodzić Franny), kiedy jesienią czterdziestego roku ojciec wyjechał na Florydę, żeby zacząć zimowy sezon. Pierwsze wiadomości dotarły do matki z Clearwater, a potem z Tarpon Springs. Żarł nabawił się jakiejś dziwnej choroby skórnej – infekcji ucha wywołanej przez grzyb, pasożytujący tylko na niedźwiedziach – więc interesy kulały.

Działo się to tuż przed narodzeniem Franny, która przyszła na świat pod koniec zimy czterdziestego pierwszego roku, kiedy ojca nie było w domu; nigdy mu tego nie darowała.

– Pewnie wiedział, że się urodzi dziewczyna – mawiała z satysfakcją.

Ojciec wrócił do Dairy dopiero latem i od razu matkę zapłodnił; tym razem przyszła kolej na mnie.

Obiecał matce, że już nigdy jej nie opuści; w Miami przez pewien czas występował w cyrku i tak mu się powiodło, że odłożył dość pieniędzy, aby jesienią zacząć studia. Miał więc przed sobą spokojne lato: mógł występować w Hampton Beach, kiedy tylko by mu przyszła ochota, i nie częściej. Na wykłady do Bostonu zamierzał dojeżdżać z Dairy – chyba że zdołałby znaleźć tanie mieszkanie w Cambridge.

Żarł starzał się w oczach. Codziennie trzeba mu było smarować ślepia bladoniebieską maścią o konsystencji mazi, którą pokryte są meduzy; ścierał ją, czochrając łbem o meble. Matka zauważyła z niepokojem, że w wielu miejscach brak mu futra, a cały się skurczył i zrobił się jakiś rozlazły.

– Stracił sprężystość mięśni – martwił się Trener Bob. – Powinien podnosić ciężary albo biegać.

– Spróbuj mu uciec na motocyklu – powiedział ojciec do swego ojca. – Wtedy pobiegnie.

Ale gdy Trener Bob spróbował, uszło mu to na sucho: Żarł nie pobiegł za nim; był już całkiem zobojętniały.

– Co spowszednieje, o to się i nie dba, jak powiada przysłowie – stwierdził ojciec. – Z Żarłem widać też tak jest.

Dość długo i wytrwale pracował z niedźwiedziem, żeby wreszcie zrozumieć, czemu ten doprowadzał Freuda do rozpaczy.

Rodzice rzadko rozmawiali o Freudzie: trwała przecież „wojna europejska”, z łatwością więc sobie wyobrażali, jaki los mógł go spotkać.

W sklepach z alkoholem na placu Harwarda można było bardzo tanio kupić żytnią whisky „That’s All” Wilsona, lecz ojciec nie należał do pijących. W barze,,Oxford Grill” w Cambridge sprzedawano piwo z beczki, podawane w szklanych naczyniach w kształcie kieliszków do koniaku, ale prawie czterolitrowych. Kto potrafił opróżnić taki puchar w określonym a niedługim czasie, w nagrodę dostawał drugie tyle gratis. Ojciec jednak po całym tygodniu zajęć na uczelni wypijał zwykłe piwo i zaraz spieszył na Dworzec Północny, żeby złapać pociąg do Dairy.

Starał się jak najszybciej zdawać kolejne egzaminy, bo chciał skończyć studia przed terminem; udawało mu się to nie dlatego, że przerastał inteligencją innych studentów (od większości z nich był wprawdzie starszy, ale wcale nie bardziej inteligentny), lecz dzięki temu, że niewiele przebywał z kolegami. Miał żonę w ciąży i dwoje małych dzieci: dla przyjaciół właściwie nie starczało już czasu. Opowiadał nam, że w tamtym okresie jedyną jego rozrywką było słuchanie transmisji radiowych z rozgrywek w zawodowym baseballu. Zaledwie w kilka miesięcy po mistrzostwach świata usłyszał w ten sposób wiadomość o ataku na Pearl Harbor.

Urodziłem się w marcu czterdziestego drugiego roku; ochrzczono mnie imieniem John – po Johnie Harvardzie (Franny dano na imię Franny, bo to jakoś pasowało do Franka). Matka była okropnie zajęta: opiekowała się nie tylko nami trojgiem, ale i starym Latinem Emeritusem, a w dodatku pomagała Trenerowi Bobowi doglądać leciwego Żarła; ona też nie miała czasu dla koleżanek.

Nim lato czterdziestego drugiego roku dobiegło końca, wojna zdążyła wszystkim dać się we znaki; nie była już jakąś tam „wojną europejską”. Motocykl Indian rocznik trzydziesty siódmy palił wprawdzie bardzo niewiele, lecz i tak poszedł w odstawkę i służył już tylko niedźwiedziowi za mieszkanie. Jak kraj długi i szeroki, miasteczka uniwersyteckie ogarnęła mania patriotyzmu. Studenci dostawali kartki na cukier, ale przeważnie oddawali je swoim rodzinom. W ciągu trzech miesięcy wszyscy koledzy ojca z Harwardu albo zostali wzięci do wojska, albo sami zgłosili się na ochotnika. Kiedy umarł Latin Emeritus – którego śladem wkrótce podążyła żona, umierając we śnie – matka odziedziczyła skromny spadek. Ojciec dobrowolnie przyspieszył formalności i wiosną czterdziestego trzeciego roku dostał wezwanie na ćwiczenia – tak zwane „szkolenie podstawowe”; miał dwadzieścia trzy lata.

Franka, Franny i mnie zostawił z matką w domu Batesów; zostawił także swego ojca, Boba z Iowy, powierzając mu nudne zadanie, jakim była opieka nad niedźwiedziem.

Po pewnym czasie napisał do domu, że „szkolenie podstawowe” to w istocie kurs demolowania hoteli w Atlantic City. Codziennie szorowało się podłogi z desek, a potem maszerowało się drewnianą promenadą na wydmy, na ćwiczenia strzeleckie. W barach przy promenadzie kwitł interes, i to właśnie dzięki rekrutom – wszystkim oprócz ojca. Nie pytano, ile kto ma lat; rekruci, przeważnie młodsi od naszego taty, nosili na piersiach medale za wyniki w strzelaniu i pili jak starzy. W barach pełno było sekretarek z Waszyngtonu. Wszyscy palili papierosy bez filtrów – wszyscy oprócz ojca.

Podobno każdy marzył, żeby przed wyprawą za ocean jeszcze ostatni raz „zaszaleć”, ale mało komu się to powiodło, chociaż wielu się chełpiło; ojciec w każdym razie „zaszalał” – z moją matką, w hotelu w New Jersey. Na szczęście jej nie zapłodnił, więc przez jakiś czas mieliśmy pozostać tylko we troje – Frank, Franny i ja.

Prosto z Atlantic City ojciec pojechał na północ od Nowego Jorku i w budynku zajmowanym dawniej przez szkołę średnią zaliczył kurs szyfrowania depesz. Posłano go stamtąd do Chanute Field w okręgu Kearns w stanie Utah, a potem do Savannah w Georgii, gdzie niegdyś występował z niedźwiedziem w starym hotelu „De Soto”. Z Savannah pojechał do Hampton Roads. Tam wreszcie się zaokrętował i ruszył na „wojnę europejską” – z niejasnym przeświadczeniem, że w Europie być może uda mu się odnaleźć Freuda. W to, że sam wróci bez szwanku, ani przez chwilę nie wątpił, bo przecież zostawił w domu żonę z trójką potomstwa.

Przydzielono go do lotnictwa – mówiąc ściśle, do bazy bombowców we Włoszech; z grożących tam niebezpieczeństw najgorsze było to, że się kogoś zastrzeli po pijanemu, że ktoś pijany człowieka zastrzeli albo że się wpadnie do latryny – również po pijaku; ta ostatnia przygoda rzeczywiście spotkała pewnego pułkownika, którego ojciec znał; nim go wyratowano, został parokrotnie obesrany. Poza tym groziło tylko to, że u włoskiej kurwy złapie się chorobę weneryczną. Lecz ojciec ani nie pił, ani się nie rżnął, mógł więc bez trwogi oczekiwać końca drugiej wojny światowej.

Opuścił Włochy z morskim konwojem i przez Trynidad trafił do Brazylii; „to też Włochy, tylko przełożone na portugalski”, napisał w liście do matki. Wrócił do Stanów samolotem transportowym; pilot dostał na wojnie szoku od wybuchu, toteż z rykiem silników przeleciał wzdłuż najszerszej ulicy Miami. Ojciec rozpoznał z lotu ptaka pewien parking, na którym Żarł zwymiotował kiedyś po występie.

Matka też na swój sposób brała udział w wojnie, bo pracując jako sekretarka w macierzystej szkole, czyli w Liceum Żeńskim Ethel Thompson, równocześnie zaliczyła – w drugiej turze – kurs pielęgniarski zorganizowany przez szpital w Dairy. Raz w tygodniu odpracowywała pełną ośmiogodzinną zmianę jako młodsza pielęgniarka, a prócz tego często wzywano ją na zastępstwa, bo pielęgniarek wiecznie brakowało. Najchętniej pracowała na oddziale położniczym i w izbie porodowej; wiedziała, jak się czuje kobieta, która rodzi w tym akurat szpitalu, kiedy mąż jest daleko. Na takich to zajęciach upłynęły matce lata wojny.

Tuż po zawarciu pokoju ojciec zabrał Trenera Boba na mecz piłkarski dwóch zawodowych drużyn w bostońskim Fenway Park. Kiedy szli potem na Dworzec Północny, żeby wsiąść w pociąg do Dairy, spotkali kolegę taty ze studiów i ten to kolega sprzedał im Chevroleta coupé rocznik czterdziesty za sześćset dolarów, czyli trochę drożej, niż sam zapłacił za nowe auto, było ono jednak w niezłym stanie, a benzyna kosztowała psie pieniądze, jakieś pięć centów litr; Trener Bob i ojciec podzielili się kosztami ubezpieczenia i w ten sposób nasza rodzina dorobiła się wreszcie samochodu. Kiedy więc ojciec kończył studia, matka miała czym wozić Franka, Franny i mnie na rozmaite plaże w New Hampshire, a pewnego razu Trener Bob zawiózł nas w Góry Białe. Franka okropnie pogryzły wtedy osy, bo Franny wepchnęła go prosto w gniazdo.

Na Harwardzie zaczęło się nowe życie: pokoje były przepełnione, zmienił się skład załogi wioślarzy, a studenci slawistyki twierdzili, że to dzięki nim Ameryka odkryła wódkę; z niczym jej nie mieszano: pito czystą, zimną – po rosyjsku, z małych kieliszków. Ojciec pozostał jednak przy piwie, przeniósł się natomiast na anglistykę; w ten sposób po raz kolejny usiłował przyspieszyć uzyskanie dyplomu.

Big-bandów pozostało niewiele – nastąpił schyłek dansingu jako formy sportu i rozrywki – a Żarł był już zanadto zgrzybiały, żeby występować, toteż w pierwsze Boże Narodzenie po wojsku ojciec pracował w dziale zabawek domu towarowego Jordana Marsha. Prócz tego znowu zapłodnił matkę, więc Lilly doczekała się swojej kolejki. Za tym, żeby Frank miał na imię Frank, Franny – Franny, a ja – John, przemawiały dość konkretne powody, lecz ją ochrzczono tak, a nie inaczej bez wyraźnego uzasadnienia; gryzła się tym chyba bardziej, niż ktokolwiek przypuszczał; może aż do końca życia.

Ojciec zrobił magisterium w roku czterdziestym szóstym. W Szkole Dairy akurat zmienił się dyrektor; nowy gruntownie tatę przepytał w Klubie Profesorów na Harwardzie i zaproponował mu posadę: ojciec miał uczyć angielskiego i prowadzić treningi w dwóch dyscyplinach sportu, za co na początek dostawałby dwa tysiące sto dolarów rocznie. Należy przypuszczać, że pomysł wyszedł od Trenera Boba. Ojciec, podówczas dwudziestosześciolatek, przyjął pracę, chociaż wcale nie czuł do niej powołania. Chciał po prostu zamieszkać wreszcie z żoną i z dziećmi w Dairy, w domu Batesów, blisko ojca i Żarła – swego prastarego niedźwiedzia. Na tym etapie życia („na każdym etapie życia”, twierdziła Franny) własne marzenia z pewnością były dla niego ważniejsze od dalszej edukacji, może nawet ważniejsze niż my, dzieci, a już na pewno ważniejsze niż druga wojna światowa.

Lilly urodziła się w roku czterdziestym szóstym, gdy Frank miał sześć lat, Franny pięć, a ja cztery. Ni stąd, ni zowąd okazało się, że mamy ojca – jak byśmy przedtem w ogóle go nie mieli. Zawsze za naszej pamięci albo wojował, albo się uczył, albo jeździł w trasy z niedźwiedziem. Był dla nas obcym facetem.

Zaczął od tego, że jesienią czterdziestego szóstego roku zabrał nas do Maine, gdzie nigdy przedtem nie byliśmy, bo chciał odwiedzić „Arbuthnot-Na-Przymorzu”. Rodzice traktowali oczywiście tę wycieczkę jak romantyczną pielgrzymkę, wyprawę po wspominki. Lilly była za mała, żeby podróżować, a Żarł za stary, ale ojciec się uparł, że niedźwiedź też musi pojechać.

– Na miłość boską, przecież on też jest z „Arbuthnotu” – tłumaczył matce. – Jechać tam bez starego Stana Maine to by nie było to samo!

Lilly została więc z Trenerem Bobem, a matka siadła za kierownicą Chevroleta rocznik czterdziesty, w którym jakoś się zmieścił Frank, Franny, ja, wielki kosz suchego prowiantu i cała góra koców. Ojciec doprowadził do stanu używalności motocykl marki Indian, wsadził niedźwiedzia w przyczepę i pojechał.

W ten sposób podróżowaliśmy – niewiarygodnie wolno, krętą szosą wzdłuż wybrzeża, na wiele lat przed zbudowaniem autostrady zwanej Maine Turnpike. Do Brunswick wlekliśmy się godzinami; kolejnej godziny potrzebowaliśmy, żeby minąć Bath i ujrzeć sine, wzburzone wody w miejscu, gdzie Kennebec wpada do morza. Dalej był Fort Popham i chatki rybackie, no i wreszcie łańcuch zagradzający alejkę dojazdową do „Arbuthnotu” oraz tablica z napisem: ZAMKNIĘTE! KONIEC SEZONU!

Pensjonat był zamknięty od wielu sezonów. Ojciec musiał zdać sobie z tego sprawę, gdy tylko zdjął łańcuch i podjechaliśmy całą karawaną do starego hotelu. Doszczętnie wyblakłe budynki, bezbarwne jak stare gnaty, stały opuszczone, zabite deskami; wszystkie szyby w naszym polu widzenia wybito albo przestrzelono. Spłowiała chorągiewka, którą dawniej oznaczano osiemnasty dołek na polu golfowym, tkwiła w szparze między deskami podłogi na górnym tarasie; zwisała bezwładnie, jak gdyby oznajmiała, że warownię „Arbuthnot-Na-Przymorzu” wzięto przez oblężenie.

– Jezu – powiedział ojciec. My, dzieci, zbiliśmy się w gromadkę wokół matki i natychmiast zaczęliśmy marudzić. Było zimno; była mgła; baliśmy się tego dziwnego miejsca. Powiedziano nam, że jedziemy do hotelu w miejscowości wypoczynkowej, ale przekonawszy się, jak wygląda to, co dorośli nazywają hotelem, od razu uznaliśmy, że to nie dla nas. Przez spękaną nawierzchnię kortów ziemnych przebiły się wielkie kępy trawy, a na boisku do krokieta wybujała aż po kolana – i to nie nasze, tylko ojca! – trawa bagienna o ząbkowanych źdźbłach, jaka często rośnie nad słoną wodą. Frank skaleczył się o starą bramkę do krokieta i zaczął pochlipywać. Franny uparła się, żeby ojciec wziął ją na ręce. Ja uczepiłem się matki, ściskając ją w pasie. Żarł, któremu dokuczał artretyzm, nie chciał odejść od motocykla i narzygał w kaganiec. Kiedy ojciec mu go zdjął, niedźwiedź znalazł coś w piasku i od razu chciał pożreć; okazało się, że to stara piłka tenisowa. Ojciec zabrał mu ją i rzucił hen, w stronę morza. Żarł mężnie poderwał się do biegu, żeby zaaportować, ale wkrótce zapomniał, o co tu właściwie idzie, usiadł i mrużąc ślepia popatrzył ku przystani. Pewnie ledwo ją widział.

Mola należące do hotelu były bliskie zawalenia. Wiatę, pod którą trzymano łodzie, huragan zmył w czasie wojny do morza. Deskami ze starych kei rybacy umacniali jazy sklecone obok przystani poławiaczy homarów w Bay Point; wydawało nam się, że stoi tam na straży jakiś mężczyzna albo chłopiec z karabinem. Matka trochę się go przestraszyła, więc ojciec musiał wytłumaczyć, że strażnik ma tylko strzelać do fok. Głównie z ich winy ten rodzaj rybołówstwa był w Maine z góry skazany na niepowodzenie: foki wdzierały się do jazów, najadały do syta i wyrywały z powrotem na wolność. Pożerały mnóstwo ryb, a w dodatku niszczyły sieci, toteż rybacy zabijali je przy każdej sposobności.

– Oto przykład tego, co Freud nazywał „wstrętnymi prawami przyrody” – powiedział ojciec. Uparł się pokazać nam pokoje, w których on i matka dawniej mieszkali.

My, dzieci, czuliśmy się po prostu niezręcznie i obco, ale dla naszych rodziców musiało to być przygnębiające przeżycie; matka bardziej się chyba jednak zmartwiła reakcją ojca na upadek świetnego niegdyś pensjonatu niż losem, jaki spotkał „Arbuthnot”.

– Wojna niejedno zmieniła – powiedziała, demonstrując nam swoje słynne wzruszenie ramionami.

– O Jezu – powtarzał ojciec. – Kiedy pomyślę, jak można było tu wszystko urządzić! Jakim cudem oni tak to spartolili? Za mało tu było demokracji – oświadczył swoim kompletnie skołowanym dzieciom. – Powinien być jakiś sposób na to, żeby prowadzić firmę z klasą, na poziomie, ale nie aż tak ekskluzywną, że koniecznie musi splajtować. Powinien istnieć złoty środek między „Arbuthnotem” a taką dziurą jak Hampton Beach. Jezu! – wołał raz po raz. – O Jezu!

Łaziliśmy za nim wokół na wpół zrujnowanych budynków, po skołtunionych, rozszalałych zieleńcach. Znaleźliśmy stary autokar którym dawniej podróżowała orkiestra, i ciężarówkę, używaną niegdyś przez kortowych: leżał w niej cały stos zardzewiałych kijów do golfa. Freud regularnie naprawiał te auta i dzięki niemu jeździły, ale teraz nie było im to już sądzone.

– Jezu – po raz kolejny rzekł ojciec.

Z daleka dobiegło nas zawołanie Żarła:

– Żarł!

W oddali, na przystani w Bay Point, huknęły dwa strzały karabinowe. Chyba wszyscy od razu zrozumieliśmy, że strzelono do Żarła, a nie do foki.

– Och, Win, tylko nie to! – powiedziała matka. Wzięła mnie na ręce i pobiegła. Frank obiegał ją wkoło, bardzo wzburzony. Ojciec też biegł, niosąc Franny na rękach.

– Stan Maine! – wołał.

– Zabiłem niedźwiedzia! Zabiłem prawdziwego niedźwiedzia! – krzyczał chłopak na przystani, ubrany w miękką flanelową koszulę i drelichowy kombinezon dziurawy na kolanach; jego włosy koloru marchewki były sztywne i lśniące od słonej piany morskiej; miał dziwny wyprysk na bladej twarzy, a zęby w fatalnym stanie; można mu było dać trzynaście, najwyżej czternaście lat. – Zabiłem niedźwiedzia! – wrzeszczał, ogromnie podniecony. Rybacy na morzu z pewnością zachodzili w głowę, o co ten krzyk. Nie mogli uchwycić słów, bo zagłuszał je ryk silników pracujących na wolnych obrotach i szalejący nad wodą wicher, pomału jednak skierowali podskakujące na falach kutry w stronę przystani, żeby zobaczyć, co się stało.

Żarł leżał na kei, podwinąwszy pod siebie zadnie łapy, z wielgachnym łbem na zwoju smołowanej liny; przednie łapsko tylko kilka centymetrów dzieliło od wiadra z przynętą. Tak bardzo już niedowidział – i od tak dawna – że chłopiec uzbrojony w karabin musiał mu się pewnie pomylić z ojcem trzymającym wędkę. Może zdołał sobie mgliście przypomnieć czasy, gdy na tejże przystani obżerał się czarniakami. Kiedy zszedł nad samą wodę i zbliżył się do chłopca, zwietrzył przynętę, bo węch miał widocznie dość dobry. Chłopak strzegący sieci przed fokami, zapatrzony w morze, musiał się wystraszyć powitania, które zgotował mu niedźwiedź. Był dobrym strzelcem, choć z tej odległości nawet kiepski strzelec by nie spudłował: dwa razy trafił Żarła w serce.

– Jejku, nie wiedziałem, że on jest czyjś – powiedział do mojej matki. – Nie wiedziałem, że jest oswojony.

– Oczywiście, że nie wiedziałeś – uspokoiła go matka.

– Przepraszam, panie szanowny – rzekł chłopiec do ojca, ale ten go nie słyszał. Usiadł na przystani obok Żarła i wziął na kolana łeb martwego niedźwiedzia; tulił do brzucha paszczękę leciwego zwierza i płakał bez końca. Opłakiwał, rzecz jasna, nie tylko Żarła, lecz także „Arbuthnot”, Freuda i całe lato trzydziestego dziewiątego roku; my, dzieci, niepokoiliśmy się jednak, bo znaliśmy wtedy Żarła lepiej i dłużej niż własnego ojca. Bardzo nas to wszystko zbijało z tropu; za nic nie mogliśmy pojąć, czemu ten facet, który dopiero co wrócił z Harwardu, a przedtem z wojny, nagle rozpływa się we łzach, tuląc naszego starego niedźwiedzia. Wszyscy troje byliśmy właściwie za mali, żeby naprawdę znać Żarła, ale jego ciągła obecność (dotyk sztywnego futra, gorący, owocowo-błotnisty oddech, zwierzęcy odór, w którym mieszały się wonie zwiędłego geranium i uryny) odcisnęła nam się w pamięci wyraźniej niż, dajmy na to, duchy Latina Emeritusa i matki mojej matki.

Naprawdę pamiętam tamten dzień na przystani przed zniszczonym hotelem. Miałem wtedy cztery lata i po dziś dzień trwam w przeświadczeniu, że to właśnie jest moje pierwsze autentyczne wspomnienie, w przeciwieństwie do wspomnień opowiedzianych, obrazów namalowanych na mój użytek słowami innych ludzi. Moim ojcem był mężczyzna o krzepkim ciele i kulturalnej twarzy, który niedawno się do nas wprowadził; siedząc na przegniłych deskach, na skraju niebezpiecznych wód, trzymał Żarła w ramionach i szlochał. Kutry z turkotem silników podpływały coraz bliżej. Matka przytuliła nas tak mocno, jak ojciec tulił niedźwiedzia.

– Zdaje się, że ten głupi gówniarz zastrzelił komuś psa – powiedział mężczyzna stojący na pokładzie jednego z kutrów.

Stary rybak w brudnożółtym sztormiaku wspiął się po drabince na nabrzeże; spod jego kępiastej, brudnosiwej brody przezierała nierówno opalona twarz. Chlupotało mu w butach z cholewami, a rybą cuchnął gorzej niż wiadro z przynętą, stojące tuż obok podwiniętych szponów niedźwiedziej łapy. Był tak stary, że na pewno uprawiał już swój fach w czasach, gdy „Arbuthnot-Na-Przymorzu” funkcjonował jako wytworny hotel. Rybak najlepsze lata też miał za sobą.

Ujrzawszy martwego niedźwiedzia zdjął zydwestkę o szerokim rondzie i przytrzymał ją w dłoni, wielkiej i twardej jak osęk.

– Rany gorzkie – powiedział z szacunkiem, jedną ręką obejmując za ramiona roztrzęsionego chłopca z karabinem. – Ukatrupiłeś Stana Mainego.