Z powodu publikacji tej książki zamordowano ok. 50 ludzi, a na jej autora wydano wyrok śmierci. Pierwsze polskie wydanie pozbawione było informacji o wydawnictwie i tłumaczu. Czym są słynne i bluźniercze „Szatańskie wersety”?

Zdjęcie przedstawiające ajatollaha Chomeiniego – człowieka, który rzucił fatwę na Salmana Rushdiego za napisanie książki "Szatańskie Wersety"
Ajatollah Chomeini

Pochodzimy od Boga i do Boga powrócimy! Informuję wszystkich mężnych muzułmanów na całym świecie, że autor „Szatańskich wersetów” – tekstu napisanego, redagowanego i opublikowanego przeciwko Islamowi, Prorokowi i Koranowi – wraz ze wszystkimi redaktorami i wydawcami tej książki świadomych jej zawartości, zostają skazani na śmierć. Nawołuję wszystkich dzielnych muzułmanów, gdziekolwiek na świecie się znajdują, do zabicia każdej z wymienionych osób, tak by nikt już nie śmiał odtąd obrażać świętych wierzeń muzułmanów. Ktokolwiek umrze poświęcając się tej sprawie, zostanie męczennikiem, Bóg to obiecał. – te przerażające słowa ajatollaha Chomeiniego, szyickiego autorytetu duchowego, wyemitowało irańskie radio w dniu 14 lutego 1989. Od tego momentu nie tylko książka Salmana Rushdiego zaczęła pobijać rekordy sprzedaży na niespotykaną wcześniej skalę, ale stała się podstawą do rozpoczęcia batalii o wolność słowa dot. krytyki religii, którą wielu przypłaciło życiem lub zdrowiem.

Wpływowy krytyk literacki, Harold Bloom, nazwał „Szatańskie wersety” największym osiągnięciem estetycznym Rushdiego, zaś Timothy Brennan ogłosił ją dotychczas najambitniejszą opublikowaną powieścią zajmującą się problemem doświadczeń imigrantów we Wielkiej Brytanii.

Co to jest za książka?

„Szatańskie wersety” należą do gatunku literackiego nazywanego „realizmem magicznym”, w którym szczegółowo przedstawiony realny świat splata się z elementami nadprzyrodzonymi. Naszkicowanie fabuły stwarza pewien problem – powieść jest wielowątkowa, wydarzenia w niej przedstawione odnoszą się do różnych bohaterów mieszkających w Anglii, Indiach czy Arabii, z czasów współczesnych, jak i Arabii VII wieku – i choć zabrzmi to paradoksalnie, przedstawione wydarzenia dzieją się równolegle.

Zdjęcie nielegalnego irańskiego wydania "Szatańskich wersetów"
Zdjęcie nielegalnego irańskiego wydania „Szatańskich wersetów”. Fotografa wykonana przez Olafa Simonsa, opublikowana pierwotnie na stronie Wikipedia.org na licencji CC 3.0.

Osią powieści są losy dwóch pochodzących z Indii aktorów, którzy w cudowny sposób przeżyli eksplozję samolotu wysadzonego w powietrze przez sikhijskich terrorystów. Ich ciała w cudowny sposób lądują w Anglii i w trakcie powieści ulegają cudownym przemianom. Jeden z nich, narcystyczny Dżibril Fariśta, zaczyna nabierać częściowo cech anielskich, coraz bardziej pogrążając się w schizofrenii, zaś drugi, znacznie mniej pewny siebie Saladyn Ćamća sukcesywnie przemienia się w postać nienawidzonego przez znaczącą większość i poniżanego diabła. Obydwaj dostają się w końcu do Londynu, który zostaje ukazany czytelnikowi z punktu widzenia imigranckiej społeczności (właśnie ta część „Szatańskich wersetów” została uznana za najcenniejszą przez większość krytyków literackich).

Kluczowym dla powieści wątkiem są również wydarzenia z VII w n.e. odnoszące się do proroka Mahunda (postaci wzorowanej na Mahomecie), któremu objawienie przynosi schizofreniczny Dżibril Fariśta w postaci anielskiej, oraz jego adwersarza, pogańskiego poetę Baala.

Równolegle do wydarzeń w Anglii narrator przedstawia nam pielgrzymkę do Mekki wyruszającą z biednej indyjskiej wioski, której przewodzi przedziwna Aisza obiecująca swoim towarzyszom, iż pieszo dotrą do swojego celu po tym, jak rozstąpią się przed nimi wody Morza Arabskiego. W powieści pojawia się także krótki, niezbyt rozwinięty wątek dotyczący uwięzionego w Londynie fanatycznego przywódcy islamskiego, który nienawidzi Aiszy i marzy o powrocie do swojego rodzinnego kraju (prawdopodobnie postać wzorowana jest na Chomeinim, który przed rewolucją islamską ukrywał się w Paryżu).

Licząca prawie 600 stron powieść Rushdiego zmusza czytelnika do zanurzenie się w świecie, w którym brak etycznie rozumianej świętości. Każdy z głównych bohaterów jest ubrudzony grzechem – obfitującego w zdrady, pozbawionego empatii i pełnego słabości konformizmu lub okrutnego i bezdusznego fanatyzmu. Granice dobra i zła, realności i nadnaturalności, sakralności i szaleństwa nieustannie się tam zacierają, kierując losy bohaterów w kierunku coraz dziwniejszych wydarzeń.

Lektura książki wciąga czytelnika także w świat, w którym magiczny orient miesza się z angielską rzeczywistością, duchowość miesza się z bluźnierstwem, proza życia miesza się ze światem nadprzyrodzonym, a asceza napotyka niejednoznaczny świat biznesu. Jest to książka pomieszania pojęć, która pozostawia czytelnika z mętlikiem w głowie i propozycją nowego spojrzenia na rzeczywistość.

Pamiętaj, to fikcja literacka

Zdjęcia autora "Szatańskich wersetów"
Salman Rushdie.
Autor zdjęcia: Ken Conley aka kwc
Źródło: Wikipedia.org
Licencja: CC 2.0

Warto przy tym pamiętać, że to powieść (z czego powinni sobie zdawać sprawę zarówno jej zwolennicy, jak i przeciwnicy), w której autor świadomie zakłamuje rzeczywistość, choć tkany przez niego literacki świat jest koherentny. Na czym polega świadomie wdrażany fałsz? Objawia się w niewinnych wzmiankach, np. o drugoplanowej bohaterce, która kupując nieruchomości, nabyła m.in. kawałek wybrzeża w Czechach (trzeba przyznać, że to prawdziwy kwiat paproci na rynku nieruchomości!) czy o muchach, które rzekomo potrafią dokonać korekty lotu pod kątem prostym. Niestety Rushdie nie skończył tylko na takich niewinnościach. Jak się ostatecznie okazało, wdrażał bardzo niebezpieczne kłamstwa dot. arabskiej społeczności (sugerowanie, że kultura ta nienawidziła od zawsze wody, jako siły niszczącej – w rzeczywistości ludy pustyni czczą ją jako bezcenny skarb) czy wyssanych z palca sugestiach jak np. ta, że Mahund (postać wzorowana na Mahomecie) był zbyt mało bystry, by zauważyć, że dla sprawdzenia prawdziwości objawienia jego skryba fałszował wersety opisujące jego objawienie (odnosząc ten fragment do najświętszego proroka islamu – jest mało prawdopodobne, że Koran został spisany za życia Mahometa – tradycja informuje, że był on przekazywany w formie ustnej i spisany dopiero po śmierci proroka, a z pewnością dopiero wówczas ostatecznie zredagowany – dlatego nietrudno zauważyć, że i ten fragment to radosna twórczość Rushdiego).

Poza tego typu oszczerstwami Rushdie rozwija skrzydła, przyrównując pożądanie objawienia do chwytania Archanioła „za jaja” czy przyjmowanie słowa bożego do zalewania przez wymiociny. Przy czym wymienione przeze mnie fragmenty to relatywnie najlżejsze z obraźliwych wyrażeń przedstawionych w powieści.

Niemniej Salman Rushdie nie odcina się też od bardziej dojrzałej ateistycznej krytyki objawienia Mahometa. Zauważa na przykład (wkładając w usta jednego z bohaterów dość wulgarne zwroty dot. nauk Mahunda), że objawienia proroka są tak szczegółowe, jakby zaprojektował je nie Bóg, a kupiec organizujący karawany (tymże zajmował się Mahomet przed objawieniem); a cała oś krytyki objawienia rozpoczyna się od poruszenia kwestii słynnych w świecie islamu „szatańskich wersetów”. Warto tu na chwilę się i zatrzymać i zrozumieć, czymże one są w świecie realnym.

Czym są prawdziwe „szatańskie wersety”?

W najstarszych zachowanych biografiach Mahometa (autorstwa Ibn Hiszama i al-Tabariego) pojawia się wzmianka o wersetach, które prorokowi przekazał nie archanioł Dżibril, a Szejtan (odpowiednik chrześcijańskiego diabła). W wyniku ingerencji nieczystego ducha Mahomet miał przekazać mieszkańcom Mekki informację, że Allah nie tylko uznaje trzy mekkańskie boginie (Al-Lat, Al-Uzza i Manat), ale że uważa je za najprzedniejsze i poleca ich wstawiennictwo. Fragment ten miał znaleźć się początkowo w 53 surze Koranu „Gwiazda”. Jak nie trudno zauważyć, taki gest, choć mógł zjednać prorokowi sprzymierzeńców w Mekce, zupełnie nie korespondował z naczelną zasadą islamu – nie znoszącego kompromisów monoteizmu, nieugiętej wiary w istnienie tylko jednego Boga, który objawił się zaratusztrianom, żydom, chrześcijanom, a w całej swej pełni muzułmanom. Po krótkim czasie Mahomet miał zrozumieć swój błąd i wycofał się z przekazanych wcześniej słów, argumentując, że zesłał mu je Zły, a prawidłowy przekaz powinien brzmieć, iż wymienione wcześniej trzy boginie to tylko puste imiona, którym Bóg nie dał żadnej władzy.

W dziele Rushdiego objawienie Mahundowi zsyła pogrążony w schizofrenii, z początku pełen zwątpienia w swoją misję, Dżibril Fariśta. Z tego powodu „boskie” przesłanie, które przecież powinno być niezmienne po wsze czasy, okazuje się pokrętne i wymagające korekty.

Jak to jest z jej kontrowersyjnością?

Z pewnością „Szatańskie wersety” są książką bluźnierczą i to nie tylko dla radykalnych wyznawców islamu. Nie bluźnierczą w stylu podarcia i podpalenia Biblii na koncercie czy podcierania się wyrwanymi stronicami Koranu na nowojorskim placu – czyli w postaci zachowań, których obraźliwość nie budzi wątpliwości, lecz w znacznie bardziej wysublimowanej formie. To coś, jak dla czytelnika Frondy wykład Pata Condella, w którym wskazuje on na kontrowersyjne fragmenty ewangelii (także zaginionej części Ewangelii św. Marka, o której wspominał jeden z ojców kościoła – Klemens Aleksandryjski), na bazie których można zasugerować, że Jezus mógł być homoseksualistą. Także powieść ta jest podobnie bluźniercza jak filmy „Żywot Briana” lub „Ostatnie kuszenie Chrystusa”. Logicznych powodów do wielkiego oburzenia tymi dziełami być nie może – wszak video-esej Condella to tylko ostrzejsza dyskusja o charakterze paraakademickim, opierająca się na prawdziwych źródłach chrześcijańskich; „Żywot Briana”, choć w fabule przypomina parodię ewangelii, dotyczy przecież fikcyjnego proroka Briana nie Jezusa; a „Ostatnie Kuszenie Chrystusa” to oparta na ewangelii i różnych apokryfach fikcja – czego nikt nigdy nie ukrywał. Niemniej jestem pewien, że radykalni chrześcijanie wymienionymi dziełami poczują się obrażeni, tak jak radykalni muzułmanie „Szatańskimi wersetami”.

Zdjęcie przedstawiające słoniogłowego boga Ganeszę
Wizerunek boga Ganesza.
Autror: Jean-Pierre Dalbéra
Źródło: Wikipedia.org
Licencja: CC 2.0

Warto także nadmienić, że bynajmniej nie tylko wyznawcy islamu mogą poczuć się dotknięci powieścią Rushdiego. Dla przykładu książka bardzo szorstko odnosi się do indyjskiej religijności, otwarcie ją wyśmiewając. Gdy kończyłem studia religioznawcze, pewien wielce sympatyczny doktor zachwycał się na zajęciach z mistycyzmu synkretyzmem religijnym w Indiach. Jako jego przykład przedstawił nam tzw. indyjskie filmy teologiczne, które ukazują historie hinduskich bogów znane ze świętych ksiąg. Najciekawsze jest to, że aktorami grającymi w tych filmach były osoby wielu wyznań i np. hinduskich bogów bez skrępowania grali muzułmanie (w innych rejonach świata wielu fanatyków muzułmańskich wierzy, że wszelkie religie politeistyczne – a za przykład takiej można uznać ludowy hinduizm – należy zetrzeć z powierzchni ziemi). Z kolei w „Szatańskich wersetach” dokładnie tę samą cechę indyjskiej kinematografii Rushdie zobrazował jako szczyt kiczu. Bynajmniej nie zatrzymując się tylko na tym przykładzie w obrazowaniu religijności hindusów.

Bo np. powieściowy Dżibril, mieszkając jeszcze w Indiach, był jednym z tych muzułmańskich aktorów, którzy grali w teologicznych filmach hinduskich. W trakcie rozwoju fabuły, w porywie szału, decyduje się obżerać wieprzowiną (rzecz zarówno dla muzułmanów, jak i religijnych hindusów obrzydliwa), pić alkohol, a jedna z jego religijnych fanek prosi go, by uprawiali seks, gdy on będzie przebrany za odgrywanego przez niego w filmie boga Ganeszę.

Co więcej, książką mogą poczuć się urażeni co bardziej wrażliwi przedstawiciele innych religii abrahamowych, ponieważ muzułmański anioł Dżibril to de facto arabska nazwa archanioła Gabriela (tego samego co tłumaczył sens wizji prorokowi Danielowi i tego samego, co zwiastował Maryi, że pocznie „syna Boga”). Same też opisy boskiego objawienia mogą zostać przez niektórych odebrane jako obraźliwe.

Nie dziwi więc fakt, że „Szatańskie wersety” zakazano nie tylko w wielu krajach muzułmańskich, ale także w hinduistycznych Indiach (ojczystym kraju autora), chrześcijańskiej Kenii, RPA, ale nawet w krajach, gdzie dominuje buddyzm (który swoich wyznawców obliguje do unikania „krzywdzącej mowy”), jak Sri Lanka czy Tajlandia.

Swój sprzeciw wobec publikacji tej książki wyraził też naczelny rabin Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, Immanuel Jakobovits.

Nie jest więc tak, jak chcieliby niektórzy, że urażeni nią poczuli się tylko nadwrażliwi muzułmanie.

Komu polecam, komu nie polecam

Z pewnością każdemu, kto chciałby przeczytać powieść wysokich lotów przedstawiającą doświadczenie wschodniego imigranta na Wyspach Brytyjskich. Z powodu tego jej aspektu wychwalali ją literaccy krytycy i z pewnością jest w tym aspekcie dziełem ważnym, by nie rzecz wybitnym.

Poleciłbym ją także każdemu, kto spragniony jest literatury ateistycznej, podejmującej się krytyki religii, z tym zastrzeżeniem, że czytelnicy powinni brać poprawkę na fakt, że „Szatańskie wersety” nie są książką poprawnie opisującą faktycznie doktryny, rytuały czy przekonania wyznawców różnych religii.

Każdemu, kto chciałby przez tę książkę poznać kulturę islamu – odradzam lekturę, chyba, że ma już za sobą przeczytane pozycje napisane np. przez prof. Daneckiego lub w inny sposób przyswojone obiektywne informacje o islamie i będzie w stanie wyłowić nieprawdziwe elementy dopisane przez Rushdiego. Każdemu, komu przykrość sprawia niedogmatyczne i wulgarne odnoszenie się do pojęć sakralnych (jak Bóg, anioł, objawienie itp.) – zdecydowanie odradzam, bo ich lektura książki może jedynie zaboleć. Jak ukazałem w niniejszym tekście, powieścią poczuli się obrażeni nie tylko muzułmanie, ale także wyznawcy wielu innych religii światowych.

Czy warto?

Okładka kontrowersyjne książki pt. "Szatańskie wersety"
Kup w promocji

Na koniec pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie: czy książka tak doceniana przez krytyków literackich, ale jednocześnie niewątpliwie bluźniercza, powinna być wydawana i promowana? Obecnie nawet jej autor nie kryje swoich wątpliwości w tej kwestii (sprzeciwił się np. postulatom, by w najbliższym czasie opublikować ją w Indiach, twierdząc, że obecny klimat polityczno-religijny tego kraju nie jest zbyt bezpieczny). Choć mojej religii ta książka nie obraża, a wolność słowa jest dla mnie święta, miałbym pewne wątpliwości, czy to właśnie to dzieło Rushdiego należy najintensywniej promować i nim zalewać księgarnie.

Miałbym, gdyby nie reakcja islamskich fundamentalistów, która z powodu skleconych i przelanych na papier słów, przejawia się głównie w podkładaniu bomb pod księgarnie, dźganiu nożami tłumaczy, posyłając ich do szpitala lub grobu, podżeganiu do morderstw czy w zabijaniu 35 Bogu ducha winnych czytelników w czasie festiwalu kulturalnego w tureckim Sivas. Przy takim obrocie sprawy przypominają mi się słowa pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, Gabriela Narutowicza, który miał wątpliwość, czy przyjąć zaszczytny urząd głowy państwa, czy z niego zrezygnować, by nie urazić i nie prowokować niepotrzebnie narwanej prawicy. Kiedy jednak endecja z chadecją wyszły na ulicę i zaczęły bić i zatrzymywać posłów, którzy wybrali go na prezydenta i kiedy chorzy z nienawiści fanatycy zaczęli strzelać do demonstrantów go popierających, a jego samego obrzucali wyzwiskami, kamieniami, bryłami lodu, kijami i próbowali zablokować dojazd do Belwederu, pan prezydent miał powiedzieć Prędzej umrę, niż złożę urząd w takich okolicznościach. Choć rzeczywiście dużo godzin nie minęło, zanim został wysłany na tamten świat przez zdrajcę całej demokratycznej Polski, Eligiusza Niewiadomskiego, uważam, że te słowa powinny być wzorem i symbolem cnót ważniejszych niż jednostkowe życie. Nie można dopuścić do tego, by jakikolwiek terror zniszczył wartości, na których zbudowano najpiękniejsze elementy naszej cywilizacji – prawa człowieka, demokrację i wolność słowa. Choć widzę w „Szatańskich wersetach” mnóstwo niepotrzebnie prowokujących treści i nie bardzo rozumiem, czemu miałyby służyć poza krzywo pojmowaną wolnością (także jako wolnością do obrażania świętości), to prędzej umrę, niż podpiszę się pod jednoznaczną krytyką tejże książki w warunkach terroru wykreowanego przez fanatyków domagających się nie tyle wycofania powieści, co śmierci jej autora niezależnie nawet od tego, czy przyznałby im rację w krytyce swojego dzieła!

Cytując recenzowaną powieść, jest zbyt wiele demonów w ludziach, którzy twierdzą, że wierzą w Boga, by akceptować poziom argumentacji tych mających przekonanie, że skoro są wyznawcami jakiś doktryn i poczują się urażeni, mają prawo krzywdzić (a nawet mordować) innych. Oprócz niewątpliwych wartości literackich tej książki, warto ją zakupić i/lub przeczytać choćby po to, by pokazać przywiązanie do bezcennej wartości, jaką jest wolność słowa.

Mikołaj Kołyszko