Coś mojego (ebook) –	Marci Curtis

E-book

Coś mojego

Pobierz bezpłatny fragment:

EPUBMOBI

Opis ebooka

Jeśli nie widzisz świata, to nie znaczy, że świat przestał istnieć. I że nie jest dla ciebie... Każdy musi mieć Coś swojego, co pozwoli mu żyć z radością i nadzieją. Maggie ma siedemnaście lat. Pół roku temu jej świat zniknął. Straciła wzrok. Ale pewnego dnia widzi dziesięcioletniego kalekiego Bena. I tylko jego. Przyjaźń z nim i uczucie do jego starszego brata uczą ją żyć na nowo i widzieć rzeczy i ludzi, jakimi naprawdę są.Ben trenuje pływanie. To jest Coś, co jest Jego, czyli Coś, co daje mu radość. Maggie też będzie musiała znaleźć swoje to Coś… Żeby żyć normalnie, czuć radość i nie pogrążyć się w smutku. Co to będzie, kto jej pomoże? Czy wesprze ją przyjaźń, a może miłość? Ben czy jego brat Mason, a może ktoś inny…

Szczegóły

Język ebooka

polski

Liczba stron wydania papierowego

304

Format ebooka

Ebook w formatach: EPUB, MOBI

Rozmiary plików

0.91 MB (MOBI), 1.13 MB (EPUB)

Typ zabezpieczenia

znak wodny

Warunki dostępu

nielimitowany użytek własny, kopiowanie i udostępnianie zabronione

Wymagania sprzętowe

aby otworzyć plik, należy posiadać urządzenie (czytnik e-ink, smartfon, tablet) obsługujące któryś z wymienionych formatów: EPUB, MOBI

Opinie

Anna Dobrzyńska

09.03.2016, 10:42

„Coś mojego, coś twojego, coś naszego.”

Już od jakiegoś czasu nie ciągnie mnie do typowej literatury młodzieżowej. Tak kończy się zbyt długie przebywanie w pobliżu sporej ilości horrorów i thrillerów. Nie zmienia to jednak faktu, że bacznym okiem śledzę nowości wydawnicze w tej kategorii. Kiedy wydawnictwo Amber zwróciło moją uwagę na „Coś mojego”, nie do końca byłam przekonana. Troszkę ociągałam się z przeczytaniem, ale kiedy już zaczęłam – łyknęłam 100 stron w godzinę. Czy może być lepsza rekomendacja? Swoją drogą, pojawia się coraz więcej powieści z nurtu young adult. Nie wiedziałam o jego istnieniu do czasu mocniejszego wsiąknięcia nie tylko w czytanie książek, ale również o książkach. Co się w nich porusza? Głównie kwestię seksualności, depresji, samobójstw, uzależnień, problemów rodzinnych oraz odnalezienia siebie. Oprócz tego istnieje również morze innych, ale to najważniejsze z nich. Czy najnowsza powieść Marci Lyn Curis wpisuje się w tę kategorię? Myślę, że tak, chociaż bohaterka jeszcze nie jest pełnoletnia.

Marci Lynn Curtis dorastała w Północnej Kalifornii, gdzie udała się na studia i spotkała, jak sama przyznaje, niesamowitego faceta w mundurze wojskowym. Teraz mieszka w stanie Maryland, ma dwójkę dzieci w college’u i jednego jamnika w domu. Śmieje się zbyt głośno i je zbyt dużo masła orzechowego. „Coś mojego” jest jej debiutancką powieścią. Ukazała się we wrześniu tego roku. Chcecie wiedzieć więcej? Ma pokaźną liczbę miejsc, gdzie dotychczas mieszkała – Montana, Północna I Południowa Kalifornia, Floryda, Hawaje, Tennessee, Connecticut, Oahu i w końcu osiadła w Maryland. Wszystkie jej książki miały swój początek na odwrocie paragonów sklepowych lub serwetkach. Uwielbia starszych, zrzędliwych ludzi i ciemną czekoladę. Koniecznie M&Ms. Nie zabija pająków, tylko wynosi je z domu. Jeśli widzisz ją na rowerze i jedzie wprost na ciebie – uciekaj. Robert Burns, autor – popularnej piosenki śpiewanej o północy w sylwestra – Auld Lang Syne - jest jej przodkiem.

Jeśli nie widzisz świata, to nie znaczy, że świat przestał istnieć. I że nie jest dla ciebie… Każdy musi mieć Coś swojego, co pozwoli mu żyć z radością i nadzieją. Maggie ma siedemnaście lat. Pół roku temu jej świat zniknął. Straciła wzrok. Ale pewnego dnia widzi dziesięcioletniego kalekiego Bena. I tylko jego. Przyjaźń z nim i uczucie do jego starszego brata uczą ją żyć na nowo i widzieć rzeczy i ludzi, jakimi naprawdę są. Ben trenuje pływanie. To jest Coś, co jest Jego, czyli Coś, co daje mu radość. Maggie też będzie musiała znaleźć swoje to Coś… Żeby żyć normalnie, czuć radość i nie pogrążyć się w smutku. Co to będzie, kto jej pomoże? Czy wesprze ją przyjaźń, a może miłość? Ben czy jego brat Mason, a może ktoś inny…

Pierwszą rzeczą, na którą muszę zwrócić uwagę [muszę, bo wybuchnę!], jest niemalże epickie złamanie stereotypów. Niewidoma nastolatka buntowniczka? Przecież powinna być biedną i bezbronną kaleką zdaną na łaskę i niełaskę otoczenia. Błąd! To są normalni ludzie, ślepota nie powoduje zniekształcenia zdolności intelektualnych. Niestety, wiele osób podchodzi do niewidomych z litością wylewającą się hektolitrami. Oczywiście, że przykro nam, że druga osoba nie może zobaczyć pewnych rzeczy i ma nieco utrudnione codzienne funkcjonowanie, ale nie traktujmy ich jak ludzi drugiej kategorii. Poczucie humoru stoi tu na niesamowicie wysokim poziomie. Niemal w każdej scenie nie zabraknie rozładowania atmosfery. Wewnętrzne rozmyślania bohaterki też często przyprawiają o łzy w oczach i ból brzucha. Ze śmiechu oczywiście. Przegenialna idea cosia. Jednak, żebyście dowiedzieli się co to, musicie przeczytać książkę. Rozczulająca, nieco naiwna i słodka. Tylko dwie rzeczy nieco mnie rozczarowały. Kreacja brata Bena, który jest naprawdę ważną postacią w całej historii, ale został nakreślony trochę na kolanie. I zbyt szybki zwrot akcji. Jeszcze nie przyzwyczailiśmy się do naszej niewidomej bohaterki, a ona już trochę na powrót widzi. Szkoda. Niemniej, polecam tę książkę z całego serca. Przeczytałam jednym tchem w dwa dni. Trochę brutalnie i bezlitośnie pokazuje stan psychiczny osoby, która nagle traci wzrok, ale również z czym musi się zmierzyć. Wszystko to osadzone w rozchwianym okresie dojrzewania i pierwszych miłości.

Polecam każdemu bez względu na wiek i upodobania. Wsiąka się w tę powieść całkowicie i porywa nas nurt akcji, która uczy, bawi i rozczula.

„Nie przepadam za bukietami. Kwiaty są w porządku, ale jak ktoś je zerwie i ułoży, zaczynają mnie stresować. Stają się wręcz trochę przerażające, jakby mówiły: „Ach, proszę, podziwiaj mą urodę, gdy ja będę powoli konać”. To chyba był jakiś omen; gdy się cofnę pamięcią, to gdy poznałam Benjamina Miltona, akurat stał obok wazonu. Nie widziałam już wtedy od pół roku i przez ten czas ani razu nie natknęłam się na taką sytuację.
Większość widzących zakłada, że niewidomi widzą tylko czerń. Mylą się. Ci całkiem niewidomi nie widzą kompletnie nic. Ani czerni, ani szarości. Kiedy więc siadałam w poczekalni u pana Sturgisa, nie miałam pojęcia, jak wygląda ten bukiet. Wiedziałam tylko, że stoi na biurku, przy którym się meldowałam. I że pachnie dość podejrzanie, jak wyfiokowane staruszki, obstawiałam więc, że są w nim gardenie. [...]
Nigdy nie widziałam pana Sturgisa, mojego kuratora. Wyobrażałam go sobie jako bardzo wysokiego faceta, który włosy spina w cienką kitkę, na nogach nosi znoszone męskie chodaki, a do tego ma trochę wyblakły tatuaż z pacyfką. Niestety, dziadek twierdził, że jest gruby, łysy i nosi spodnie za krótkie o dwa centymetry… paskudne. Jak ktoś jest niewidomy, widzi ludzi takimi, jakimi są naprawdę.”

więcej recenzji na: kraina-bezsennosci.blog.pl

Anonimowy czytelnik

02.12.2015, 21:24

„Coś...wspaniałego”

Maggie ma siedemnaście lat. Pół roku temu jej świat zniknął. Dosłownie. Straciła wzrok w skutek zapalenia opon mózgowych. W jednej chwili cały jej świat się wali, traci przyjaciół, a piłkarskie marzenia legły w gruzach. Ale pewnego dnia jej szarą monotonię coś zmienia, a właściwie ktoś. Dziesięcioletni Ben. Tylko w jego towarzystwie Maggie może znów poczuć się dawną sobą, tylko przy nim może odzyskać choć namiastkę wzroku. Przyjaźń z nim i uczucie do jego starszego brata Masona uczą ją żyć na nowo i widzieć rzeczy i ludzi, jakimi naprawdę są.

"Coś mojego" zwróciło moją uwagę swoją zapowiedzią. Niewiele jest książek, które opowiadają historię osoby niewidomej i to jeszcze z jej perspektywy, toteż zastanawiałam się, co może z tego wyjść. Wiedziałam, że albo będzie to sukces albo wielki zawód. Do samego końca byłam dobrej myśli i chyba się opłaciło.

Przyznam, że nie spodziewałam się być aż tak pozytywnie zaskoczona. Na początku "Coś mojego" wydawało się niezobowiązującą pozycją z buntowniczą bohaterką. Można by rzec, typowa młodzieżówka, która zachęca swoim opisem, ale nie oferuje nic szczególnego, takie swoiste lanie wody. Jednak nie w tym przypadku, ponieważ w miarę rozwoju opowieść zyskuje głębie i zmusza do przemyślenia wielu kwestii. To niezwykle refleksyjna książka przekazana w bardzo prosty sposób.

Marci Lyn Curtis stworzyła wspaniałych bohaterów, całkowicie różnych pod względem osobowości, jakże barwnych i sympatycznych tworzących wyjątkowe tło. Maggie poznajemy jako buntowniczkę, sarkastyczną i pełną poczucia humoru, zmagającą się z nową rzeczywistością. Według mnie to jedna z lepszych postaci, jakie miałam okazje poznać w ogóle. Nie chodzi tylko o jej zabawne komentarze, miała w sobie pewną autentyczność i szczerość, a do tego silną osobowość. Uwielbiałam patrzeć na jej wewnętrzną przemianę, to jak dorastała do pewnych spraw, jak z czasem zmieniał się jej światopogląd, a jej spostrzeżenia stawały się dojrzalsze. Z kolei Ben to wulkan pozytywnej energii, który rozświetlał każdą stronę swoją obecnością i wprost nie można nie pokochać tego dzieciaka, podobnie jak Clarissa. Mason z kolei to typ chłopaka zyskującego przy bliższym poznaniu, troszczący się przede wszystkim o dobro najbliższych.

Autorka przy rozpoczęciu stawia na dużą dawkę humoru i świetnie jej to wyszło. Przez dłuższy okres nie mogłam zmyć z twarzy głupawego uśmieszku, jaki mi towarzyszył podczas czytania. Jednak w miarę postępu atmosfera staje się coraz bardziej stonowana, poważniejsza, by móc skupić się na trudniejszych problemach, choć w tyle nadal czuć wesołą atmosferę. Marci Lyn Curtis umiejętnie przechodzi do kolejnych tematów, dawkuje je tak, by czytelnik nie czuł się przytłoczony, a jednocześnie dogłębnie przetrawił i przemyślał każdy z nich.

"Coś mojego" ma typowo młodzieżowy język, miejscami trochę nienaturalnie, mimo to nie przeszkadza on w odbiorze. Historia jest bardzo prosta i nie dzieje się w niej wiele, lecz potrafi wciągnąć i z trudem można się oderwać. Poza tym niezwykle spodobały mi się relacje Maggie z poszczególnymi osobami, a także sposób, w jaki ukazano jej zmiany. To naprawdę przyjemna opowieść, która rozgrzewa serca, pozwala uronić łzy, sprawić, że nie raz się zaśmiejemy, a przede wszystkim ukazuje tak trudne tematy w sposób nieskomplikowany, acz niebywale inteligentny.

"Coś mojego" to to nie tylko wspaniały debiut. Pozwala przejrzeć na oczy i uświadamia, że czasem, żeby zobaczyć to, co naprawdę ważne, musimy otworzyć się na zupełnie nowy sposób patrzenia. To ciepła, nastrajająca historia, która wciągnie i już nie puści. Jestem pewna, że każdy znajdzie tu coś dla siebie bez względu na wiek.