Poezja Anny Pawlikowskiej jest w swojej nagości bardzo czytelna. Staje się wytrychem do sejfów, w których ukrywamy nasze najgłębsze lęki i projekcje. W nich na czarną godzinę trzymamy koła zapasowe. Zależnie od tego, skąd zawieje wiatr i gdzie nas porwie, sięgamy po nie. Tak wiersze Pawlikowskiej otwierają przed nami wrota ostateczności. Autorka stawia nas w progu i zmusza do refleksji nad następnym krokiem. Choć pisze językiem straty, udaje jej się wzbudzić na podniebieniu...
„Poezja Anny Pawlikowskiej jest od razu antyczna. Jest pisana archaicznym skupieniem, archaicznym namysłem, ciężarem lekkich odczuć i uczuć. Jej muzykę i spektakl skomponował ktoś, kto potrafi wpatrywać się, przysłuchiwać, kto ma cierpliwość odczekać, aż przeżycia przejdą przez filtry doraźności i osiągną trwałość. Nie jest to jednak trwałość spiżowa. To trwałość zwiewnych stworzeń i krajobrazów, kruchych stanów, mijających chwil. W tym właśnie widzę archaiczność tych wierszy...
Te teksty są dokumentem ogromnej wrażliwości. I odwagi.
Niewiele jest takich wyznań w literaturze. Są jakby światłem
rzuconym na te obszary naszej osobowości, o których
zwykle nie chce się wiedzieć ani o nich pamiętać. Są pisane
krwią serca, a ich przekaz wzmacnia piękny, pełen subtelności,
wyrazisty język.
Adam Wodnicki